Inne

Opłatek pod choinką

Opłatek pod choinką z samowarem Nie było czasu dla nas, dzieci, w wigilijny przedwieczerz. Służba krzątała się w kuchni, odpędzając się od nas to dłońmi to ścierką to miotłą. Cały dzień chodzilismy głodni, bo post był ścisły i święty. Jeszcze ojciec, wróciwszy po policyjnej służbie robił codzienne rozliczenie pasem wszystkich naszych niegodziwości. Potem były już same przyjemności Bo ojciec pozwalał uczestniczyć w codziennych domowych, pracach - tych męskich.

Wyciąganie wody ze studni, naprawa płotu, zbijanie drabiny i kto tam by wszystko spamiętał. Frajda była przy piłowaniu drwa. Siadało się wtedy na kłodzie, która leżała w specjalnym urządzeniu zwanym koziołkiem i słuchało, jak gra piła, śledziło oczami jej ruchy. Tam i z powrotem, tam i z powrotem, tam i z powrotem... A potem zabawa z samowarem.

Stoi na półce od lat niewykorzystany. Czasem tylko dotknie go ścierka, by zetrzeć kurz. Zresztą, co to za samowar? Elektryczna atrapa, stoi dla ozdoby, a nie po to by dostarczyć na stół smacznej wody do herbaty. Prawdziwy, mosiężny, mocno nadwerężony stoi na wystawie w dawnej Desie. Tamten z domu mojego dzieciństwa, też bardzo stary, tulski jeszcze pamiętający czasy powstań, pozostał na Kresach. Czekał pod opieką babci aż przyjadę i go zabiorę. Władze sowieckie jeszcze w latach pięćdziesiątych nie pozwoliły go zabrać jako zabytku. Do Chruszczowa pisaliśmy - nie pomogło. Przemycić można było złoto, ale tulskiego samowara - nie.

Samowar towarzyszył mi przez całe kresowe dzieciństwo. Już od wczesnego popołudnia co najmniej dwie służące przygotowywały go do stołowej służby. My, dzieci, miałyśmy wiele uciechy przyglądając się tym zabiegom. Bo naprzód musiały go wyczyścić sidolem, by błyszczał na stole. (Sidol, to był popularny płyn do czyszczenia mosiądzu. Jeszcze w czasie powstania warszawskiego na czołgi niemieckie rzucano sidolówki, to znaczy blaszane puszki po sidolu wypełnione płynem zapalającym). Umorusane myły się potem w szafliku, by teraz zabrać się do czynności rozpalania. To było najciekawsze, bo efektowne. Po wrzuceniu kilku łopatek rozpalonych węgli wygarniętych z kuchennego paleniska kucały wokół samowara na podwórzu i zawzięcie dmuchały do środka samowarowego paleniska. Zabawa była pyszna, bo dziewczyny miały twarze czarne od sadzy, wyglądając jak Murzynek Bam-bo ze szkolnego podręcznika, co w Afryce mieszka, czarną ma skórę ten nasz koleżka. My, uczniowie najmłodszych klas (pewnie i dzieci starsze) zbieraliśmy pieniądze na tych biednych Murzynków.

Na saniach wracała matka z pracy w szkole w Pietralewiczach, niedalekiej wsi. Rano przyjeżdżał chłopskimi saniami - pod-wodą któryś z wieśniaków, wyznaczony w ramach szarwarku. Matka z rozbawieniem opowiadała później o tej kilkukilometrowej codziennej podróży. W połowie drogi, kiedy wspinała się pod górę, koń zatrzymywał się. Nie pomagały razy z bata, ani zachęty. Kiedy matka schodziła z wozu, koń ruszał. Kiedy na wóz siadała, zatrzymywał się. Podróż odbywała się w miarę gładko, gdy woźnica dostał wódkę, tzw. kruczka, inaczej mówiąc setkę. Uczciwie z koniem się dzielił. Ta wieś, Pietralewicze, zyskała sobie ponurą sławę. W czasie okupacji Niemcy zamordowali tu ponad czterdzieści tysięcy ludzi, w tym Żydów zwiezionych z całej Białorusi. Matka niewiele się nami zajmowała. Kuchnia stawała się jej najważniejszym miejscem.

Potem przychodził ojciec. Odbywało się przedstawienie z udziałem tzw. pieska, czyli deseczki odpowiednio przyciętej i skonstruowanej do ściągania butów. Jednego z nich używano do rozpalania samowara. But nakładano na komin i stopą tłoczono powietrze do paleniska. Po przyjemności oglądania tych czynności nadchodził czas na podsumowanie naszego zachowania w ciągu dnia. .Służąca, która pełniła funkcję niańki zdawała ojcu relację, a każdy element jej raportu był kwitowany pasem na gółkę. Za radio samowolnie włączone w porze nieodpowiedniej i za wylany kubek mleka i za... ot, za wszystko co się zdarzyło..

Nadchodził wieczór. Zapalano lampę nad stołem osłoniętą wielkim abażurem, wtedy nazywał się ambrą. Stół był wielki dwunasto-osobowy, zakupiony w żydowskim składzie meblowym Poreckich. To był wielki skład z fabryką i tartakiem. Wszyscy razem ze służbą siadali przy nim. Wtedy już nie obowiązywała maksyma, iż jak w kościele. Wolno było mówić, tyle że nie wolno było wtrącać się do rozmowy dorosłych, ...bo dzieci i ryby głosu nie mają. Grano w lotto, w durnia i wojnę, a dorośli w tajemniczego preferansa. Przez wiele dorosłych lat próbowałem odnaleźć opis tej gry, wreszcie znalazłem u Pijanowskiego, ale tajników preferansa nijak nie pojąłem. Znikł wraz z całą kresową obyczajowością, kresowymi dworami i kresowymi ludźmi. Kiedy woda kończyła się w samowarze, lampa dogasała, składano karty, lotto i chińczyka. Jeszcze tylko siusiu do nocnika, pośpiesznie i starannie (nie daj Boże się pomylić, bo trzeba zaczynać od nowa) wymruczana modlitwa „Aniele Boży, stróżu mój, ty zawsze przy mnie stój. Rano w wieczór, w dzień i w nocy, bądź mi zawsze ku pomocy. Amen".

W wigilię nie było nic z tych rzeczy. Nawet przy rozpalaniu samowara nie wolno nam było asystować, a cóż dopiero wejść do pokoju jadalnego, wtedy zwanego paradnym. Tam się działy rzeczy tajemne i były tajemnicą do ostatniej chwili, to jest do momentu, kiedy mogliśmy z radością krzyknąć: już, już!!!, co znaczyło, że siedząc w innym ciemnym pokoju przez kilka kwadransów, dojrzeliśmy na niebie tę Pierwszą.

Otwierano pokój paradny, ojciec, matka i służba stoją odświętnie ubrani koło choinki błyszczącej kolorowymi świecami, a na stole na środku - opłatek. Pod Samowarem!

Świąteczne serdeczności

Wasz Kresowiak

Dołącz do dyskusji - napisz komentarz

Prosimy o zachowanie kultury wypowiedzi.
Obraźliwe komentarze są blokowane wraz z ich autorami.

Artykuł nie posiada jeszcze żadnych komentarzy.

Dodaj pierwszy komentarz i bądź motorem nowej dyskusji. Zachęcamy do tego.