Mucha
Postanowiłem zabić człowieka. Najlepiej strzałem w plecy, gdy nie będzie się niczego spodziewał. Niezły byłby ładunek wybuchowy podłożony w samochodzie. Trucizna? Raczej nie, to zbyt kłopotliwe i mało spektakularne. Dobrze by było, gdyby umierając, możliwie długo cierpiał, ale nie wszystko mogłem zaplanować, ponieważ nie upierałem się, by egzekucję wykonać własnoręcznie. I zapewne na jednym zabójstwie się nie skończy, ale jemu nie zrobi to już szczególnej różnicy. Mnie zresztą też.
Tylko Bóg i sądy mają prawo wymierzać karę, lecz opatrzność jakoś nie kwapi się do łamania praw fizyki, zsyłając gromy z jasnego nieba, a adwokaci wiodący ślepą Temidę przez labirynt interpretacji prawnych baczą pilnie, by nie dotarła do celu. Pozostaje pogodzić się z losem lub posłuchać podszeptów Szatana, dziwnie przystających do naszego wewnętrznego poczucia sprawiedliwości.
Każdy człowiek choć raz w życiu pragnął czyjejś śmierci. Wyobrażał sobie, jak chwyta za gardło łachudrę, który właśnie wyrządził krzywdę jemu albo komuś bliskiemu, i ściska z całej siły, aż zdławi szyderstwo wyryte na szujowatym pysku. Jeśli ktoś twierdzi inaczej, to zwyczajnie kłamie, oszukuje sam siebie albo ma problemy z pamięcią. Zwykle zadowala nas rozkosz wirtualnej zemsty, wyobrażenie tortur, jakim poddamy łajdaka... przy najbliższej okazji. Podświadomość nie odróżnia fikcji od rzeczywistości, traktuje nasze konfabulacje najzupełniej poważnie, i nie wymaga spełnienia gróźb w realnym wymiarze. Na szczęście, gdyż inaczej mało kto osiągnąłby pełnoletniość.
Nikt nie rodzi się mordercą. Ewolucja, zaopatrując nasze umysły w zawory bezpieczeństwa, zadbała o to, byśmy się wzajemnie nie powyrzynali. A przynajmniej nie bez powodu.
Ja miałem powód.
Podążałem leniwie pustym chodnikiem, wśród podobnych do siebie domów z ogródkami. Aura majowego przedpołudnia przeganiała wszelkie złe myśli, spóźniona wiosna kwitła w przyrodzie i w duszy. Niczym spragniona dżdżu kania chłonąłem świeżą zieleń ledwie przebudzonej z zimowego snu natury. W dodatku żaden czarny kot nie raczył przebiec mi drogi, w kalendarzu trzynastka ciągle czekała na zerwanie. Radosny świergot ptaków i bezchmurne niebo sprawiły, że ogarnął mnie w mój ulubiony filozoficzny nastrój. Pozwalałem myślom swobodnie dryfować, zapominając na chwilę, że jestem w pracy.
Zawsze byłem ciekaw, czy awangardowe koncepcje naukowców dotyczące czasu naprawdę odnoszą się do rzeczywistości, czy są jedynie sprytnym wybiegiem pozwalającym zgrabnie zamknąć w równaniach nasz pokręcony świat. Podobno w różnych miejscach wszechświata zegary tykają zupełnie inaczej, a pojęcia przyczyny i skutku tracą sens, do jakiego jesteśmy przyzwyczajeni. W mikroskali, gdzie materia zmienia się w kwantową pianę, nieustannie pojawiają się maleńkie okienka prowadzące do przyszłości lub przeszłości. Te dziury w czasoprzestrzennym serze są zbyt drobne, by się przez nie przecisnąć, ale żeby przynajmniej rzucić okiem przez takiego judasza...
Gdybym tamtego feralnego dnia mógł ujrzeć choćby niewielkie fragmenty tego, co mnie niedługo spotka, wiałbym stamtąd, jakby mnie goniły wściekłe skunksy. No, może to przesada, wystarczyłoby tylko posłuchać swego wewnętrznego głosu, który odezwał się natychmiast, gdy stanąłem przed masywną bramą z kutego żelaza.
Nie, nie jestem jasnowidzem, broń Boże, to tylko mój osobisty imperatyw, mieszkający sobie wygodnie w podświadomości, namawiał mnie właśnie do lenistwa, rzucenia w diabły obowiązków i machnięcia ręką na prowizję. Takie uczucia dopadały mnie dość regularnie, przynajmniej raz dziennie. Cholera, jak ja nienawidziłem swojej roboty! Szczególnie w poniedziałek.
Wziąłem głęboki oddech, nakazałem temu gnojkowi w głowie, żeby się zamknął i nacisnąłem dzwonek domofonu. Nie doczekawszy się odzewu, znów położyłem palec na przycisku i zacząłem stroić miny niczym szympans pozujący do zdjęcia. W głośniku zaskrzeczało niewyraźnie, pchnąłem furtkę, jednak ta ani drgnęła. Zdezorientowany nieco, spróbowałem pociągnąć w drugą stronę, w tym samym momencie dostrzegłem wpatrzone we mnie nieruchome oko minikamery. Och w mordę, ale mam dzisiaj wejście! Prędzej wezwą pogotowie niż mnie tu wpuszczą. Wiadomo, szajbusy bywają niebezpieczne.
Skrzypnęły drzwi w głębi posesji. Próbowałem ratować swój wizerunek, przywołując na twarz wyraz empatii – cokolwiek to oznacza – takie było zalecenie z uporem maniaka wpajane nam podczas szkoleń. Nie wytrzymałem zresztą długo z miną uśmiechniętego śledzia, bo przez maleńki prześwit przy futrynie ujrzałem jakieś czarne bydlę, które z potwornym ujadaniem rzuciło się w moim kierunku. Wprawdzie brama wyglądała, jakby mogła zatrzymać czołg, ale cofnąłem się odruchowo i poszukałem wzrokiem najbliższego drzewa.
– Proszę się nie bać, on się tylko bawi, ale nie gryzie... – beztroski głosik, zamiast dodać otuchy, pozbawił mnie wszelkich złudzeń. On nie gryzie?! No jasne, ten przerośnięty ratlerek nie musi rozdrabniać pokarmu, przełyka w całości!
Coś szczęknęło, zazgrzytało, manipulacje trwały dłuższą chwilę, bydlę milczało, jakby chciało spotęgować jeszcze moją panikę. Czemu, u licha ciężkiego, nie kupiłem sobie pistoletu?! Nie, lepsza byłaby armata! Możliwie dużego kalibru.
Furtka uchyliła się bezgłośnie, ukazując smukłą postać w ciemnoczerwonym szlafroku. Siedzący obok rottweiler spoglądał obojętnie gdzieś w bok, udając, że ma mnie gdzieś. Niewątpliwie czekał jedynie, aż zamknie się brama, żeby nadprogramowa przekąska nie miała już szansy ucieczki.
– Nazywam się Apoloniusz...
Babka skinęła głową, zachęcając mnie do wejścia. Uczyniłem ostrożny krok, potem drugi, zatrzasnąłem furtkę z uczuciem, że naciskam spust przygotowanego do rosyjskiej ruletki pistoletu. Bydlę dalej mnie ignorowało. Panienka odwróciła się i poszła w stronę domu, po kilku krokach popatrzyła przez ramię, upewniając się, że podążam jej śladem. Spojrzenie, choć przelotne, nie było zwykłym muśnięciem wzrokiem – z zagadkowym półuśmiechem otaksowała moją postać i zmrużyła lekko oczy, jakby zastanawiała się nad jakimś intrygującym pomysłem. Odgarnęła dłonią ciemnorude włosy, znów kiwnęła głową, potem już bez oglądania się pomaszerowała przed siebie. Kołysała biodrami w sposób tak sugestywny, że aksamitny materiał szlafroka zdawał się żyć własnym życiem, z wyraźną ochotą zsunięcia się na ziemię. Nie miała nic pod spodem, wiedziałem to. No dobra, podejrzewałem. Cóż, agent ubezpieczeniowy też facet.
Świadomość, że za plecami mam psa mordercę, nie pozwoliła mi zatracić się w fantazjach, zresztą przyszedłem tu, żeby wykonać swoją pracę. Nie pierwszy raz bogata klientka z nadmiarem wolnego czasu, spragniona odmiany po tych nudnych kąpielach w oślim mleku, kupowaniu kiecek wartych moich rocznych dochodów i udawaniu uwielbienia na widok męża – jakiegoś starego pryka, który był bardzo ważną osobistością – czyniła śmiałe gesty w moim kierunku. Zresztą na gestach zawsze się kończyło. Może nie umiałem podjąć gry na właściwym poziomie, ale raczej to one nie przekraczały pewnej granicy grożącej utratą luksusów, jakich nie zrekompensuje nawet najbardziej upojna przygoda. A, do diabła z nimi wszystkimi! Oczywiście, w sprzyjających okolicznościach...
– Gdzie leziesz?! Nikt cię nie zapraszał!
Zaskoczony popatrzyłem w orzechowe oczy utkwione w jakimś punkcie za moimi plecami. Musiałem mieć wyraz twarzy ciężko przestraszonego Muminka, jednak panienka zdawała się nie zwracać uwagi na mój stan, pozwoliła, by jakiś podmuch wiatru zaplątał się w okrycie, odsłaniając znacznie więcej niż to jest ogólnie przyjęte, dyskretnym rzutem oka upewniła się czy patrzę we właściwym kierunku, następnie przeniknęła do wnętrza domostwa. Dopiero teraz zorientowałem się, że mówiła do czarnego bydlaka.
Stanąłem w progu salonu, szukając wzrokiem gospodyni. Nimfomanka w szlafroku mogła być oczywiście służącą albo rozbestwioną córeczką tatusia, coś mi jednak mówiło, że jest drugą połową pana domu. […]
– Panie Poloniuszu – beztrosko zniekształciła moje imię. Głos dobiegał z głębi domostwa. – Jestem na górze!
Odszukałem szerokie, wyłożone puszystą wykładziną schody. Gdy zastanawiałem się, czy przypadkiem nie wypada zdjąć butów, dobiegły mnie słowa:
– Za parę minut…
Stanąłem bezradnie, mocno już skołowany. Za jakie parę minut? O co jej chodzi? Jak dotąd nie miałem nawet okazji otworzyć ust, babka nie próbowała nawiązać do celu mojej wizyty, tylko wabiła mnie gdzieś za sobą. Cała zabawa robiła się odrobinę niejasna. […]
Dzisiejsza sytuacja jest dość typowa. Za chwilę zostanę poczęstowany kawą lub, co najwyżej, kieliszkiem koniaku i zaczniemy omawiać sprawę ubezpieczenia. Babka zagrała w swoją maleńką gierkę, ale teraz pokaże mi właściwe miejsce. Dostałem jej namiary od kolegi, który odchodząc z firmy przekazywał swoje kontakty innym agentom. Dał mi też nieoficjalną charakterystykę klientki – uwagi o jej zachowaniu i prywatne spostrzeżenia, mające niby pomóc w naszej pracy – mało kto wie, że robimy coś takiego. Wprawdzie z danych wynikało, że powinna być dość postawną blondyną, ale... – wzruszyłem ramionami – w dzisiejszych czasach pieniądze i fachowcy od urody mogą zrobić modelkę ze starego tłumoka. Zresztą, może mój poprzednik miał słaby wzrok? Albo gospodyni ubrana była cokolwiek... kompletniej. Gdyby przejawiała jakieś szczególnie nietypowe zachowania, pewnie by to zauważył. Nieważne, miałem tylko postarać się o
rozszerzenie polisy. Rutyna. CDN (na kolejnej stronie)
Jacek Skowroński – współzałożyciel magazynu „Qfant”. Autor powieści Był sobie złodziej, który imał się wielu profesji, zarabiając na życie między innymi jako tragarz, brukarz, sprzedawca butów i włóczęga. Kosmopolita z zamiłowania, kryminalista z wyboru.
Mucha
Jacek Skowroński
seria: ABC
Kisiążka do nabycia www.oficynka.pl
@page_break@
Nie chciało mi się dalej stać jak kołek, wszedłem więc po schodach i zajrzałem do jednego z trzech pomieszczeń, którego drzwi były akurat szeroko otwarte.
Wielka sypialnia pełna była nagich postaci z bezwstydnym wdziękiem prezentujących swe ciała... Zafascynowany chłonąłem niezwykły widok – rzeźby naturalnych rozmiarów obojga płci, rozstawiono w całym wnętrzu. Ich twórca był niewątpliwie zwolennikiem realizmu w sztuce. Przez moment miałem wrażenie, że wszyscy znieruchomieli, nieprzyjemnie zaskoczeni wtargnięciem ubranego intruza. W ogromnych lustrzanych drzwiach zajmującej całą ścianę szafy wnękowej figury ukazywały się pod różnymi kątami, jakby projektant wystroju wnętrza pragnął umożliwić gościom oglądanie najdrobniejszych detali bez konieczności ruszania się z miejsca. Wśród kiczowatych nimf o wdzięku silikonowych hybryd z rozkładówek były tam i prawdziwe arcydzieła sztuki renesansu – rozpoznałem kopię słynnej postaci Dawida szykującego się do walki z Goliatem. Michał Anioł nie przypuszczał zapewne, iż jego dzieło trafi pod „strzechy”.
Zauważyłem ją wreszcie, ale tylko dlatego, że się poruszyła. Stała przed lustrem i płynnymi ruchami czesała długie włosy. Czerwony szlafrok leżał na podłodze, tuż za progiem, tworząc barierę, której nie dało się ominąć. Przekraczałeś ją na własne ryzyko.
– Wszyscy, którzy tu wchodzą pierwszy raz, zastygają jak te rzeźby. – Nie patrzyła na mnie, można było pomyśleć, iż mówi do siebie. – Zastanawiają się pewnie, czy sami tak wyglądają.
– Są... są niezwykłe i tworzą nastrój. – Możliwe, że jaśniejsze ślady na jej ciele były bielizną, ale dałoby się to sprawdzić jedynie za pomocą dotyku.
– To nienaturalne kicze! – Odwróciła się nagle, a ja poczułem, że czerwienię się jak szczeniak. – Niech pan nie udaje, doskonale wiem, co pan sobie myśli.
Chciałem podejść do niej i niech diabli wezmą dobre obyczaje! W takich chwilach mężczyzna jest tylko samcem i kobieta ma nad nim całkowitą władzę. Wychowanie i kultura przegrywają z kretesem, a wszelkie nakazy moralne redukują się do nic nie znaczących popiskiwań gdzieś na skraju świadomości. Nikt mnie nie widział, nikt nie wiedział, co robię. Żona? – czego oczy nie widzą...
Widziała, co się ze mną dzieje i tego właśnie oczekiwała. Znów obróciła się przodem do lustra. Postąpiłem pół kroku, nie odrywając spojrzenia od jej postaci, świadomy, że to ona rozpoczęła grę i ona narzuca reguły.
– Muniek może przyjechać w każdej chwili. – Nie raczyła nawet odwrócić głowy. – Z obstawą.
No i wszystko jasne. Naciesz się dupku tym, na co pozwolę, wyobraź sobie, jak kumple z rozdziawionymi gębami słuchają o twojej przygodzie, poliż loda przez szybę, pokaż jak mnie pragniesz, ale nie wyobrażaj sobie zbyt wiele. Kobiety uwielbiają doprowadzać facetów na skraj szaleństwa i ucinać grę, by delektować się zwycięstwem, sycić swą próżność i rozkwitać pod głodnymi spojrzeniami. Wraz ze spełnieniem przychodzi znudzenie i znika ta upajająca władza nad samcem.
Miałem cholerną ochotę przełożyć ją przez kolano i ręcznie wytłumaczyć, jak bolesne może być igranie z męską dumą. Pal licho prowizję! Napiąłem mięśnie, wyobrażając sobie jej wypięte, jędrne...
Niespodziewanie z rogu sypialni dobiegł dźwięk gongu, przerywając brutalnie moje czarowne wizje. Zerknąłem na złocony zegar, którego wskazówki zatrzymały się na pełnej godzinie, po sekundzie ze środka popłynęły dostojne dźwięki. Melodia wydała mi się znajoma. Co to ma być, u licha, marsz żałobny?! Gdzie ja trafiłem?
– On tak cały czas? – Requiem Mozarta miało jakąś hipnotyczną moc. Mimowolnie poszukałem wzrokiem trumny. – W nocy też?
– Można się przyzwyczaić, nie uważa pan? – Poruszyła biodrami niczym w zmysłowym tańcu.
– Czyj to pomysł? – zapytałem, byle coś powiedzieć. Nie patrzyłem już na zegar.
– Muchy.
Nie uznała za stosowne wyjaśniać, kto kryje się za owadzim przezwiskiem. Podeszła niespiesznym krokiem do toaletki w rogu sypialni, usiadła i sięgnęła do małej szufladki. Zdawało mi się, że dostrzegam stringi utkane z pajęczyny. Albo było to wspomnienie po kostiumie kąpielowym. O ile produkuje ktoś kostiumy, dające się chować w pudełku od zapałek, gdzie jeszcze zostałoby trochę miejsca. Pierwszy raz w życiu nie byłem pewien, czy kobieta, na którą patrzę, jest ubrana. Jakoś nie przyszło mi do głowy zapytać.
– Zaczekaj w salonie, ogarnę się trochę i zejdę. – Nagłym przejściem na ty zredukowała mnie do poziomu chłopca przynoszącego pizzę. Odwróciłem się bez słowa, na schodach dogonił mnie obojętny głos:
– Weź sobie coś do picia. Tylko nie ruszaj Napoleona! Mucha zabije każdego, kto tknie jego ukochany trunek. Sprowadza go z Francji.
Zapadłem się w przepastnym fotelu i przytłoczony nieco otaczającą mnie fortuną, zastanawiałem się, czy wypada skorzystać z propozycji i sięgnąć do małego srebrnego barku na kółkach, zastawionego dostojnymi karafkami i butelkami o wymyślnych kształtach. Reguły mojej profesji mówiły, że poczęstunek należy przyjmować. Przełamuje się w ten sposób pewną barierę psychologiczną – klient, który ofiarował ci jakiś drobiazg, nieświadomie ustawia się w pozycji sponsora, a wtedy, metodą „plasterków salami” odkrawamy sobie kolejne kąski. Proste jak czesanie łysych. Jednak wahałem się, gdyż większość napitków była mi obca, a nie chciałem wyjść na prostaczka sączącego koniak z kieliszka do likieru.
A, do licha! Wziąłem kryształową szklankę i, nasłuchując czujnie, szybko napełniłem ją do połowy jakąś brunatną cieczą z karafki. Spróbowałem łyczek i skrzywiłem się z odrazą. Cholerstwo było cuchnące i mocne jak wszyscy diabli. Zapewne posiadało cudowny bukiet, lecz smakowało jak mieszanka rozpuszczalnika z bejcą. Nie żebym kosztował takiej mikstury, ale w końcu nie trzeba próbować gówna, by się przekonać, że w zasadniczy sposób różni się smakiem od strucli serowej. Dopełniłem szklankę wodą i poszukałem popielniczki. Stała na małym stoliku pod oknem, obok drewnianego pudełka z cygarami. Wyjąłem z kieszeni papierosy, znów się zawahałem, ale uznałem, że bez dymu nie skończę zawartości szklanki. Błysnęło mi, żeby napluć do pękatej flachy Napoleona.
Posiedziałem chwilę, połaziłem po salonie, znów usiadłem i zerknąłem na zegarek – panienka najwyraźniej ignoruje mój czas. Trudno, przecież nie będę jej poganiał. Nawet jeśli niczego tu nie zwojuję, to i tak warto było. Zawsze jakaś odmiana po tych ciułaczach, z którymi użeram się na co dzień. Już ja wysmażę kumplom z biura odpowiednio przyprawioną relację. Treściwą i pikantną. Co by tu tak...? Basen! Powiedziała, że musimy najpierw popływać – taka fanaberia – żeby się niby lepiej poznać. A basen nie taki zwykły, nic pospolitego. Światła spod wody, bąbelki, muzyka... służąca w różowym fartuszku... nie, lepiej bez fartuszka, podaje kieliszki z szampanem...
Bydlę zaszczekało donośnie, z dworu dobiegł głuchy tupot łap i radosne skowyty. Wyrwany raptownie z tępego błogostanu podszedłem do okna wychodzącego, jak przypuszczałem, na dziedziniec. Wielka gablota stała już na podjeździe, a brama zamykała się bezszelestnie za jakimś terenowym potworem z przyciemnianymi szybami. Wysiadło z niego paru gości w marynarkach, podeszli do czarnego mercedesa i zaczęli rozmawiać, a właściwie to trzech słuchało, a jeden, potężny grubas koło pięćdziesiątki, coś im tłumaczył. Gestykulując oszczędnie jedną ręką, drugą tarmosił za uchem bydlaka. Wreszcie skinął głową i pochylił się nad psem. Faceci podeszli do bagażnika, odemknęli go i przez sekundę spoglądali do środka, ich nieruchome twarze przypominały maski z antycznej tragedii. Jeden z typów odsunął się kilka kroków i sięgnął do kieszeni, obserwując beznamiętnie, jak kumple wywlekają ze środka nieprzytomnego mężczyznę. Padł na bezwładnie plecy jak marionetka po spektaklu, ujrzałem przez moment zmasakrowaną twarz. Z niepojętą fascynacją chłonąłem makabryczne widowisko, czując, że ze zgrozy kurczą mi się wnętrzności. Typ stojący z boku wyjął coś kieszeni i pochylił się nad leżącą postacią. Zdrętwiałem, oczekując wystrzału, ale facet rozciągnął w rękach cienką linkę, błyskawicznie okręcił wokół szyi ofiary i szarpnął, naprężając gwałtownie mięśnie. Leżący zadrżał i poruszył konwulsyjnie rękami, oprawca jeszcze mocniej zacisnął pętlę. Przekręcił głowę w bok, jakby nie chciał patrzeć w oczy ofiary. Przez moment nasze spojrzenia skrzyżowały się; doznałem wrażenia, że spoglądam w głąb świeżej mogiły. Jeśli oczy są odbiciem duszy, to on jej nie posiadał, widziałem tylko czarne dziury w masce.
Cofnąłem się natychmiast, ale o ułamek sekundy za późno. Ten ułamek sekundy, w którym zapada wyrok śmierci. Bez szans na apelację, bo uzasadnienie jest zbyt oczywiste.

Jacek Skowroński – współzałożyciel magazynu „Qfant”. Autor powieści Był sobie złodziej, który imał się wielu profesji, zarabiając na życie między innymi jako tragarz, brukarz, sprzedawca butów i włóczęga. Kosmopolita z zamiłowania, kryminalista z wyboru.
Mucha
Jacek Skowroński
seria: ABC
Kisiążka do nabycia www.oficynka.pl














Dołącz do dyskusji - napisz komentarz
Artykuł nie posiada jeszcze żadnych komentarzy.
Dodaj pierwszy komentarz i bądź motorem nowej dyskusji. Zachęcamy do tego.