Pół wieku kobiecości
Minął prawie rok od dnia, kiedy przyszło mi zasmakować jak to jest być modelką. I tyle samo czasu minęło od dnia, w którym wkroczyłam w drugie półwiecze mojego życia. Brzmi groźnie, ale nie mogę narzekać na pierwsze 50 lat bycia kobietą. Ten dzień, kiedy wystawiłam swoją pięćdziesięcioletnią kobiecość na pokaz – maszerując na sztywnych nogach po wybiegu, stał się dla mnie symbolicznym przecinkiem między tym co było, a nowym etapem życia zwanym w skrócie „kobieta 50plus”. Był to również dzień, w którym dzięki zaistniałej sytuacji musiałam spojrzeć prosto w oczy tej kobiecie, którą zaczęłam się stawać kilka dni wcześniej. Dzień, w którym przypomniałam sobie i pożegnałam wszystkie młodsze wizerunki samej siebie, istniejące już tylko dla mnie. Był to również dzień pewnego rodzaju konfrontacji z młodszym pokoleniem kobiet i zmierzenia się mojej ciągle jaśniejącej pełnią kobiecości z pięknem rozkwitającej urody dwudziestoletnich dziewczyn, blaskiem trzydziestolatek, pewnych siebie czterdziestolatek oraz urokiem, swobodą i ciągłą atrakcyjnością sześćdziesięcioletniej modelki. Ale tak było pewnie tylko dla mnie, bo tak naprawdę - kogo to obchodziło, kto paraduje po wybiegu i co się z tym dla niego wiąże.
A było tak: zadzwonił telefon i znajomy głosik zapytał czy nie zechciałabym być modelką na pokazie mody. Na reakcję z mojej strony: „chyba sobie ze mnie żartujesz” moja przemiła rozmówczyni wyjaśniła, że w tym roku kończy college i jej klasa organizuje profesjonalny pokaz mody, który miał być uwieńczeniem kilkuletniej nauki. Tak więc, miała to być praca dyplomowa, ale i impreza charytatywna, jako że kwota zebrana ze sprzedaży biletów była przeznaczona na badania nad rakiem piersi. W pokazie mają brać udział modelki od 20-stu do 60-ciu lat i ja mam reprezentować pięćdziesięciolatki. A niby kogo mam reprezentować? – pomyślałam sobie. W tym czasie byłam trochę zdegustowana moimi zbliżającymi się 50-tymi urodzinami i ta propozycja wydawała mi wyjątkową złośliwością ze strony losu. Lubię tę młodą osóbkę, więc z zamkniętymi oczami powiedziałam ”dobrze”, i zapomniałam o całej sprawie; mając nadzieję, że do tego nie dojdzie. Ku mojemu zaskoczeniu i przerażeniu do pokazu jednak doszło. I chociaż wiedziałam o tym od kilku miesięcy, to dopiero na kilka dni przed wyznaczoną datą zaświtało mi w głowie, że obiecałam to zrobić. Słowo się rzekło - kobyłka u płotu! Zaczęłam zastanawiać się (trochę za późno) czy ja naprawdę mam ochotę wystąpić przed dwustuosobową widownią w nie moich ciuchach, które ktoś każe mi nałożyć, z fryzurą na głowie, która na pewno nie będzie mi się podobała, no i ten makijaż! Na dodatek pokaz miał się odbyć 1-go kwietnia ( o ironio!?) w dzień urodzin mojego partnera. A dla Anglików urodziny są dniem świętym i należy spędzić je najprzyjemniej jak się da. Nawet licząc na jego wielką miłość do mnie nie mogłam podejrzewać go o to, że będzie zachwycony pomysłem spędzenia urodzin oglądając pokaz mody! Wprawdzie kilka miesięcy temu powiedział „okej” na taką perspektywę, ale pewnie też zamknął oczy. Nie powiem, że trochę „kręcił” mnie ten pomysł, bo to zawsze coś nowego - być „modelką”; nawet w przedostaniej kategorii wiekowej . No i cel był jak najbardziej słuszny. W końcu przekonałam samą siebie, że jednak dla wyższego dobra i zasmakowania czegoś nowego powinnam to zrobić. Zaczęłam więc krążyć wokół „mojego pana” i czarować go, że to naprawdę super mieć dziewczynę modelkę i to na dodatek w swoje urodziny, a ponieważ tego dnia chcę być z nim, to musi tam za mną jechać (och! – ta babska umiejętność manipulowania!) Dał się przekonać, zawiózł mnie na miejsce pokazu, spędził samotnie trzy godziny w hotelowym barze świętując swoje urodziny - bo ja w tym czasie byłam robiona na bóstwo, to znaczy na tę modelkę. Potem kolejne dwie godziny oglądał pokaz i w pierwszej minucie po zakończeniu, bez ceregieli czyli zupełnie nie po angielsku, kazał zawieźć się do domu. No, ale to były również moje urodziny, a na dodatek zgodził się, więc nie czułam się winna za jego nieudany wieczór - przekonywałam samą siebie, stosując w praktyce swoją ledwie kiełkującą asertywność. Tego wieczoru nie usłyszałam, że jestem urodzoną modelką ani, że wyglądałam cudownie. Nic w tym stylu. Myślę, że tego dnia prawdziwie mnie nienawidził! To tak na marginesie tego wydarzenia.
Dla mnie ten wieczór stał się przyczynkiem do zastanowienia się nad moją kobiecością, tym jak się kształtowała i rolą jaką odegrała w moim życiu. W końcu jestem przede wszystkim istotą ludzką, a dopiero potem - kobietą. Powodem do takiego podsumowania moich, babskich rozważań było zachowanie się młodych modelek, tych dwudziesto i trzydziestolatek. Nawet "czerdziestki” były inne niż ja w ich wieku. Nie wspomnę o sześciesięcioletniej koleżance, której kobiecością i wdziękiem zachwyciłam się. Wszystkie one były bardziej na luzie, pewne swojego uroku, uroku kobiecego ciała. Jaką one miały lekkość w chodzeniu po scenie! Z jaką gracją pozowały w tych nie swoich ubraniach! Wiem, że to był pokaz mody, a nie konkurs piękności, ale przecież trzeba było jakoś zaprezentować te stroje, sześć razy wyjść na scenę i - być pięknością właśnie! Jak one to robiły ładnie, powiedziałabym z wrodzonym sobie seksapilem.
Zaczęłam zastanawiać się nad tym co kształtowało moją kobiecość, w jakiej rzeczywistości wyrosłam, jakie wzorce mi przedstawiono i do jakich ram próbowano wcisnąć rodzącą się we mnie kobietę. Przyglądając się nastolatkom przypominam sobie siebie w ich wieku i widzę, że one też mają ten sam wzrok co ja w ich wieku - wzrok w pogoni za rozumem. Ale one umieją ukryć to pod makijażem, zamaskować się pod odpowiednią fryzurą i strojem. Nie wiem gdzie się tego nauczyły; w szkołach, do których ja chodziłam nie uczono takich rzeczy.
@page_break@
Pamiętając czasy w których dorastałam i obserwując dzisiejsze realia, to co kształtuje współczesne dziewczynki przestaję się dziwić, że te małe kobietki od bardzo wczesnych lat wiedzą co to znaczy seksapil. A na jakich wzorcach kobiecości wychowało się moje pokolenie? Czerwony Kapturek, Małgosia z „Jasia i Małgosi” czy Królowa Śniegu raczej nie zarażały nas swoim, kobiecym powabem. Pamiętacie nasze lalki? To były dzidziusie, albo krakowianki z długimi warkoczami. Daleko im było do eleganckiej Barbie! A poza tym Barbie ma mężczyznę – Kena! Nasze krakowianki mogły wybierać wśród pluszowych niedźwiadków! Nie pamiętam kto był tatusiem podczas moich zabaw w dom, pewnie któryś miś. Żadna z moich koleżanek z trzepaka nie myślała, że jest Calineczką czy śpiącą królewną, a przecież w każdej z nas taka królewna drzemała i czekała na swojego królewicza, który przybędzie na białym koniu i ją przebudzi. Większość z moich koleżanek wolała być jednym z Czterech Pancernych niż urodziwą Marusią. Telimeny i Jagny, podobnie jak piękna, biblijna Maria Magdalena, nie cieszyły się dobrą reputacją. Gwiazdy estrady naszej młodości były grzecznymi dziewczynkami w porównaniu z Lady Gaga, Dodą czy innymi idolkami dzisiejszej młodzieży. No właśnie, należę do pokolenia któremu wpajano, że grzeczne dziewczynki idą do nieba. Ale przemilczano fakt, że niegrzeczne idą tam dokąd chcą!!! Moja mama mówiła: „pamiętaj - dla męża, żona jest dobra i miła, jak jest zdrowa jak kobyła!”. Wydaje mi się, że teraz dorastające dziewczyny otrzymują zgoła inne nauki od matek. Kultura, w której się wychowałam widziała kobietę w roli żony i matki. Muzy czy kochanki miały złe konotacje i kojarzyły się z półświatkiem artystycznym czy trójkątem małżeńskim.
W religii w której wyrosłam nie było miejsca na seks. Mania traktorzystka, Matka Polka, Święta Rodzicielka, to były promowane wzorce kobiecości. Oczywiście, docierały do mnie wieści o Brigitte Bardot, ale ona była taka nierealna, odległa, zbyt dorosła, żeby nie powiedzieć stara. Gdzie miałam nauczyć się relacji damsko - męskich? Czy przykład Jacka i Agatki czy Gąski Balbinki i Ptysia przygotowywał nas do bycia w związku z płcią przeciwną? Co prawda w 1976 roku została wydana „Sztuka kochania” Michaliny Wisłockiej, ale 16 - letnia dziewczynka, jaką wtedy byłam, nie interesowała się takimi bestseller’ami. „Pan Samochodzik” czy „Winnetou”, to były książki interesujące mnie w tym wieku. Nawet „Ania z Zielonego Wzgórza” była dla mnie dziwna ze swoimi babskimi problemami. Bardziej mnie interesowały wyniki meczów rozgrywanych przez narodową drużynę piłkarską, albo tych na szkolnym boisku, niż zawiłości relacji między płciami. Czy to tylko ja byłam taka „niedojrzała”? Nic dziwnego, że zakochując się pierwszą miłością w chłopaku z podwórka, wychodząc za niego za mąż i rodząc mu dzieci nigdy, mimo wszystko, nie ujrzałam w nim mężczyzny. Ani w jego oczach odbicia siebie jako kobiety.To nie był związek dwóch nierozerwalnych połówek, sił Yin i Yang. To był związek dwóch osobowości, dwóch ego, który wcześniej czy później musiał się wypalić.
Kiedy miałam nauczyć się noszenia powabnych, kobiecych łaszków? Mój gust kształtowały siermiężne kolekcje z PDT-u i wykroje z Burdy. Były też Peweksy, komisy i bazary. Jak dobrze skołowałaś rodziców, to dali ci drogocenne Bony Towarowe (komunistyczny substytut dolarów) na zakup dżinsów w Peweksie. A jak już naprawdę ich zmanipulowalaś, to sypnęli kasą i można było pojechać do Warszawy, do Domów Towarowych „Centrum” i tam zaopatrzyć się w nieprzyzwoicie drogie ubrania z kolekcji polskich projektantów. Lub wybrać się na bazar Różyckiego, żeby kupić jakieś zagraniczne szkaradzieństwo, co wtedy uchodziło za szczyt mody. Po takiej wycieczce było czym świecić na szkolnym korytarzu czy prywatce. Moja ślubna suknia w niczym nie przypominała tych, o których obecnie marzą panny młode. Przecież trzydzieści lat temu nikt by mnie nie wpuścił do kościoła w sukni, w jakich teraz „występują” ślubne oblubienice! W latach osiemdziesiątych zaczęły pojawiać się ubrania z Turcji, Węgier czy Tajlandii, sprzedawane przez pierwszych, polskich biznesmenów. To oni kształtowali nasze gusty. W tych czasach szczytem perwersji była koronkowa bielizna i pończochy samonośne. Teraz, kiedy idę do Tesco po mleko, przy wejściu witają mnie czerwone stringi i biustonosze jakby z filmów porno. To jest teraźniejszość naszych najmłodszych. Oczywistością jest więc, że one już od przedszkola wiedzą co z tym zrobić i jak to nosić. A w wieku dwudziestu lat są chodzącym seksapilem i wdziękiem, nie tylko płynącym z samej młodości, ale też nabytej umiejętności. Z rozrzewnieniem myślę o moich „zielonych” latach, o długim dzieciństwie, niezmąconym sztucznie wywołanymi emocjami, do których nie dorosłam.
Z uśmiechem wspominam to, że w wieku dwudziestu lat nadal wyglądałam jak dziewczynka i tak się czułam. Śmiać mi się chce na myśl o tym, jak sprytne w końcu okazały się hormony i natura. Musiało upłynąć dużo czasu zanim moja kobiecość zaczęła nie mieścić się w ramach, w które ją nieświadomie próbowałam wcisnąć. Idąc tym tropem doszłam do wniosku, że wiek który osiągnęłam jest w moim przypadku doskonałym momentem na to, żeby „być modelką”. Nie tylko dlatego, że jestem o rok młodsza od lalki Barbie, ale dlatego, że jestem w stanie zapanować nad nieśmiałością i niezgrabnością ruchów dwudziestolatki, brakiem odporności na krytycyzm trzydziestolatki i drapieżnością czterdziestolatki, które ciągle we mnie siedzą. Śmiało mogę powiedzieć, że przez większość pięćdziesięcioletniego życia lekceważyłam, wstydziłam się, nie zauważałam, nie tolerowałam i nie doceniałam tego, że jestem kobietą. W związku z tym nie bardzo umiałam nią być. Co sprawiło, że się przebudziłam? To temat na długą i szczerą rozmowę między nami kobietami.
Grażyna Białous (korespondencja z Wielkiej Brytanii)
Wollaston
10.2.11














Dołącz do dyskusji - napisz komentarz
albertyna45 26/07/2011, 22:51
Lubię jak Pani pisze, Pani Grażyno:)