Angielskość
Podobno każde miasto ma swoje słowo. Słowo klucz oddające charakter tego miejsca. Gdybym chciała zastosować to do narodu i określić “angielskość” do wyboru miałabym: uprzejmość, tradycja, zabawa, humor lub dobroczynność. Każde z nich pasuje do większości Anglików z którymi się spotkałam, a cechy, które te wyrazy opisują widzę tutaj na każdym kroku.
Zacznę od dobroczynności jako, że jest bliska mojemu sercu, ale również dlatego, że od samego początku pobytu na Wyspach obserwowałam zaangażowanie Anglików w działalność charytatywną nie będąc pewna na ile to jest szczere, a na ile wymuszone. Teraz wiem że to cecha narodowa, dotycząca każdego pokolenia, wypływająca z serca; nie mająca nic wspólnego z działaniem na pokaz. Żadnego Anglika nie trzeba przekonywać ani co do potrzeby pomocy innym, ani nie trzeba też zbytnio ich do tego namawiać. Większość moich angielskich znajomych jest zaangażowana w różnego rodzaju akcje charytatywne. I nie są to tylko porywy serca polegające na wyłuskaniu kilku pensów przy kasie sklepowej, gdzie zazwyczaj stoi puszka na jakiś dobroczynny cel czy ofiarowanie określonej kwoty w ramach “świątecznej pomocy”. Anglicy często angażują się w długoterminową pomoc finansową, a wysokość tych datków jest zależna od zasobności portfela. Bardzo często jest to kilka funtów miesięcznie czy to na angielskie dzieci w potrzebie czy dzieci w odległych zakątkach świata czy znowu zwierzęta, te w Anglii jak i w innych krajach. Moja znajoma sponsoruje dwuletniego szympansa żyjącego gdzieś w afrykańskim rezerwacie dla dzikich zwierząt. Nie wiem skąd bierze się ten powszechny zwyczaj czynienia dobra bliźniemu swemu: czy wypływa z angielskiej formy protestantyzmu, czy przykład idzie z góry - rodzina królewska, rząd, wielkie korporacje, sławni ludzie itp. - czy też decyduje o tym zasobność społeczeństwa?
Pewnie wszystko po trochu, a to co Anglicy robią w tym kierunku jest godne zauważenia. Formy angażowania się na rzecz innych są różne; nie musi to być koniecznie sponsoring. Bardzo często jest to poświęcenie swojego czasu i umiejętności wykonując pracę za darmo w szpitalach, hospicjach, szkołach, domach opieki dla starszych osób i innych tego rodzaju placówkach. Jest to bardzo popularna forma, jak najbardziej wspierana przez ustawodawcę. Lub wyjeżdżanie na kilka miesięcy w najbiedniejsze rejony świata, żeby uczyć tam angielskiego albo pracować z dziećmi czy chorymi. Bardzo często w celach charytatywnych wykorzystywana jest angielska praktyczność. W całym kraju jest pełno sklepów, które przyjmują (oczywiście nieodpłatnie) różne rzeczy. W tych sklepach można znaleźć przeróżne przedmioty: począwszy od drobnego sprzętu domowego, książek, zabawek przez ubrania, obuwie, a skończywszy na meblach. W sklepach tych pracują ludzie za darmo, a uzyskane ze sprzedaży kwoty przekazywane są na określone cele dobroczynne. Zamiast wyrzucać coś co jest jeszcze w dobrym stanie, ale już tego nie potrzebujemy, albo zagracać strych kolejnym “przydasiem” zanosimy to do “charity shop” i wiemy, że to przyniesie komuś dobro. Praktycznością posuniętą do granic jest angielski zwyczaj nie przynoszenia kwiatów na pogrzeb. Zamiast tego ofiarowuje się datek na wskazany przez zmarłego lub jego rodzinę cel charytatywny. Powszechność tego zwyczaju sprawiła, że zaczęłam przyglądać się bliżej angielskiej charytatywności i nie ukrywam, że na przestrzeni lat Anglicy zarazili mnie swoją otwartością serca. Brytyjczycy wykazują się ogromną inwencją w pomysłach na zbiórkę pieniędzy. Są to znane wszystkim imprezy jak Londyński Maraton czy inne zakrojone na wielką skalę kwesty odbywające się kilka razy do roku, w których Anglicy wykorzystując swoje poczucie humoru i ciągłą chęć zabawy, angażują się bardzo często w śmieszne, a czasami wręcz szokujące działania na zachęcenie innych do bycia mniej lub bardziej szczodrym.
I tak na przykład pewien mój znajomy, związany z którąś z wielu fundacji, pewnego dnia postanowił poddać się depilacji woskiem całego ciała przy udziale publiczności, która w zamian za “widowisko” miała sypnąć groszem. Biedak nacierpiał się niemało - włochaty jest nad wyraz, ale zebrał całkiem sporą sumkę, bo widzowie zabawę mieli przednią. Oczywiście zabieg wykonywała profesjonalistka również za darmo w ramach tej akcji.
Dla tych, którzy zaangażowani są w jakąś działalność dobroczynną każda okazja jest dobra do wykazania się pomysłowością w zbieraniu pieniędzy czy poparcia dla swojej akcji.
Ostatnio byliśmy świadkami ślubu księcia Williama z Kate Middleton. Wydarzenie to jak najbardziej historyczne wywołało na Wyspach wiele kontrowersyjnych opinii, ale byli też i tacy, dla których było doskonałą okazją do działalności charytatywnej. Myślę, że wszyscy, którzy oglądali to wielkie widowisko zauważyli jeden wyjątkowy kapelusik nazwany potem “preclem”, żeby nie przywoływać mniej subtelnych określeń jakie mu nadawano. Ten wyjątkowy kapelusz miała na głowie księżniczka Beatrice wywołał nie mniej komentarzy i emocji niż suknia ślubna panny młodej. Czekałam na informacje o “wystąpieniu” księżniczki w tym przedziwnym kapeluszu i w dość dziwnym makijażu, bo byłam ciekawa dlaczego ta młoda kobieta, piąta w kolejce do tronu angielskiego, wystawiła się na ekstremalne opinie. Odpowiedź przyszła dość szybko, kiedy to kapelusz został wystawiony na aukcję i sprzedany za ponad 80 tysięcy funtów! Pieniądze uzyskane z tej sprzedaży księżniczka przeznaczyła na wspieranie organizacji charytatywnych, z którymi jest związana. Ten przykład pokazuje nam, że młode pokolenie także ma swoje sposoby na “otwarcie portfeli” darczyńców.
Obserwując angielskie społeczeństwo widzę jak tradycja przeplata się z praktycznością zabarwioną brytyjskim poczuciem humoru i gotowością do zabawy czyniąc przy tym dużo dobra dla innych.
Grażyna Białous (korespondencja z Wielkiej Brytanii)
Wollaston
16.06.2011











Dołącz do dyskusji - napisz komentarz
Artykuł nie posiada jeszcze żadnych komentarzy.
Dodaj pierwszy komentarz i bądź motorem nowej dyskusji. Zachęcamy do tego.