Ocalić serce
Swietłana Aleksijewicz, Wojna nie ma w sobie nic z kobiety, przełożył Jerzy Czech, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2010.
Białoruska dziennikarka Swietłana Aleksijewicz jest znana z oryginalnego stylu, określanego mianem „opowieści głosów”. Tkanką jej reportaży są setki wywiadów, z których powstaje pewien obraz – pokolenia, sytuacji, historii.
Prezentowana książka to także „opowieść głosów” – reportaż napisany przez kobietę o bardzo szczególnej grupie innych kobiet. Bohaterki pochodzą z całego terytorium Rosji. Łączy je wspólna przeszłość. Podczas II wojny światowej (dla obywateli ZSRR „wielkiej wojny ojczyźnianej”) były żołnierzami: czołgistkami, pilotkami, saperkami, piechurkami, snajperkami, członkami grup partyzanckich. Takich kobiet-żołnierzy było wówczas około miliona.
Po wojnie nikogo nie interesował ich los. Nie cieszyły się dobrą opinią, nie były traktowane jako odpowiednie kandydatki na żonę, piętnem wykluczenia bywały naznaczone również ich rodziny. Nie pisały wspomnień, nie spotykały się z młodzieżą, rzadko też opowiadały bliskim o swoich przeżyciach. Jedynie w gronie frontowych koleżanek albo w samotności pozwalały sobie na chwile wzruszeń i wspomnienia. Materiał zebrany przez Swietłanę Aleksijewicz jest więc unikatowy w tym sensie, że zdobyte przez nią informacje i relacje zostały zarejestrowane po raz pierwszy.
Żołnierki. Portret zbiorowy
Jakie były kobiety-żołnierki? Przede wszystkim bardzo młode. W 1941 roku większość z nich nie miała ukończonych 20 lat. We własnych wspomnieniach były „wesołe, szczęśliwe, jeszcze niecałowane” (s. 133). Zgłaszały się do wojska spontanicznie. Niektóre dostawały się tam nawet podstępem, jeśli uznano je za niezdatne do służby. Udział w wojnie jawił im się jako fascynująca przygoda, ale również jako spełnienie obowiązku wobec ojczyzny. Te dziewczyny rwały się do walki na pierwszej linii frontu – odważne, skuteczne, ofiarne.
Nie to jednak zaskakuje najbardziej. Otóż w warunkach frontowych wykorzystywały one każdą możliwość, by pozostać kobietami, istotami schludnymi i pełnymi wdzięku. Dbały o higienę osobistą, szyły, czesały swe długie włosy, zrywały kwiaty, śpiewały wieczorami. Wszystko, co godziło w ich kobiecość, odczuwały bardzo dotkliwie.
„Pytasz, co na wojnie jest najstraszniejsze... (…) Wiem czego się spodziewasz… Myślisz, że powiem śmierć. Że najstraszniej jest umrzeć. (…) A ja ci powiem co innego… Dla mnie najstraszniejsze na wojnie było… noszenie męskich gaci. To właśnie było straszne. To właśnie było straszne. Nie umiem tego wyrazić… No, po pierwsze, bardzo brzydkie… Jestem na wojnie, gotowa jestem polec za Ojczyznę, a mam na sobie męskie gacie. Wygląda się w tym śmiesznie. Niezgrabnie. Wtedy mężczyźni nosili długie kalesony. Szerokie. Satynowe. Było w naszej ziemiance dziesięć dziewczyn i wszystkie – w męskich majtach. O Boże! Zimą i latem, przez cztery lata” (s. 95-96).
Jak kobieta widzi wojnę
Obraz wojny widziany oczami kobiety znacznie różni się od opisów przedstawianych przez mężczyzn. Świat widziany przez kobietę składa się z drobiazgów, a jej działania nastawione są na sprawy związane z człowiekiem. Wojenne wspomnienia kobiet-żołnierek pozbawione są informacji znanych z opisów tzw. wielkiej historii, czyli ważnych dat, nazwisk czy liczb. W zamian za to są niezwykle wyraźne opisy zachowań, odczuć, zapachów, kolorów oraz wyglądu – zarówno bohaterek, jak również środowiska, w jakim przebywały. Te kobiety zauważały dziecięcy bucik na pogorzelisku spacyfikowanej wsi, delektowały się zapachem niemowlęcia i czystych pieluch, martwił je los zwierząt gospodarskich i bezdomnych psów. W czasach wypełnionych przemocą chciały zachować swoją wrażliwość – swoje serce, jak określa jedna z respondentek:
„Nie można mieć jednego serca do nienawiści, a drugiego – do miłości. Człowiek ma jedno, więc zawsze myślałam o tym, jak to serce ocalić” (s. 350).
Ale wojna widziana oczami kobiet to także rzeczywistość brutalna, o barwie i odorze krwi. Będąc żołnierzami, zmuszone były do zabijania. Po często niełatwej inicjacji, dokonywały aktów równie brutalnych, jak mężczyźni.
„Ich grupa [ona starsza i dwóch wyrostków] poszła na zwiad i przypadkowo wzięła do niewoli czterech Niemców (...) Czwartego dnia wieczorem zostali okrążeni. Było jasne, że z jeńcami już się nie przebiją, nie uciekną, więc od razu podjęli decyzję – trzeba tamtych zabić. Wyrostki tego zrobić nie potrafią: (...) jeśli człowiek trzy dni z kimś przebywa, nawet z obcym, to się do niego przyzwyczai, zbliży. Już wiadomo, jak tamten je, śpi, jakie ma oczy, ręce (...) No więc spadło to na nią. Kobieta mówiła o tym, jak ich zabijała. Musiała oszukiwać i jednych, i drugich. Z jednym Niemcem poszła rzekomo po wodę i strzeliła z tyłu. W kark. Innemu kazała nieść chrust...Wstrząsnęło mną, jak to spokojnie opowiadała” (s. 23).
Zabijały też z zemsty, chcąc rekompensaty za doznane osobiste krzywdy.
„Kiedy braliśmy jeńców, przyprowadzaliśmy do oddziału... Nie rozstrzeliwaliśmy ich, to za lekka śmierć, zakłuwaliśmy jak świnie, wyciorami, krajaliśmy ich na kawałki. Chodziłam, żeby na to popatrzeć... Czekałam! Długo czekałam na chwilę, kiedy z bólu zaczną pękać oczy... (...) Co pani o tym może wiedzieć?! Oni moją mamę i siostrzyczki spalili na stosie pośrodku wsi...” (s. 27)
Jednak pomimo traumatycznych wydarzeń, związanych z zawieruchą wojenną, niektóre kobiety nie zatraciły wrodzonej wrażliwości – nawet w stosunku do wrogów.
„Zimą koło naszej jednostki prowadzono jeńców niemieckich. Szli przemarznięci, z podartymi kołdrami na głowie, w popalonych płaszczach. A mróz był taki, że ptaki spadały w locie (...) W tej kolumnie jeńców szedł jakiś żołnierz... Chłopiec... Na twarzy zamarzły mu łzy... A ja wiozłam na taczkach chleb do stołówki. On nie może oderwać oczu od taczek (...) Biorę jeden bochenek, odłamuję kawałek i daję Niemcowi. On bierze... Bierze i nie wierzy... (...) Byłam szczęśliwa, że nie mogę nienawidzić. Sama sobie się wtedy dziwiłam...” (s. 99).
@page_break@
Oni i one
Wojna pojmowana jako starcie sił zbrojnych jest tradycyjnie męską domeną, do której kobiety nie mają dostępu. Rozmówczynie Swietłany Aleksijewicz złamały ten zakaz i – świadomie czy bezwiednie – zmieniały męskie środowisko, w jakim przebywały.
Po pierwsze, zauważały niebezpieczną metamorfozę, jaką przechodzili mężczyźni pod wpływem działań wojennych. Jedna z nich tak opisywała atak:
„Mężczyźni zakłuwają się nawzajem. Dobijają. Dołamują. Uderzają bagnetem w usta, w oko... W serce, w brzuch... (...) Kobiety nie znają takich mężczyzn, w domu ich takimi nie widzą” (s. 97).
Po drugie, nawiązywały rozmaite relacje ze swymi towarzyszami broni (książka Aleksijewicz to zresztą prawdziwe studium relacji damsko – męskich w sytuacjach ekstremalnych). Wiele spośród respondentek opowiadało o zauroczeniu, przyjaźni a nawet miłości między nimi a frontowymi kolegami. Tylko nieliczne nawiązywały do spraw seksualnych, a spośród nich zaledwie jedna przyznała, że była kochanką kolejnych dowódców, aby uniknąć przemocy ze strony kolegów. Ponieważ są to informacje „drażliwe”, trudno przyjmować bezkrytycznie, że – skoro brak relacji na ten temat – kobiety-żołnierki nie były obiektami ataków na tle seksualnym. Być może jednak skala tego zjawiska nie była taka, jak się zwykło uważać. Co jednak wielokrotnie się powtarza, to wspomnienia o kolegach opiekuńczych i łagodnych, których obecność kobiet-żołnierek motywuje do kulturalnego zachowania.
„Mężczyźni na froncie traktowali nas wspaniale, zawsze się nami opiekowali. W normalnym życiu nigdy nie widziałam, żeby tak traktowali kobiety (...) Dzielili się z nami ostatnim sucharem. Na wojnie nie doznałyśmy od nich niczego prócz dobroci, prócz ciepła” (s. 140).
Nawet jeśli inne kobiety (np. Niemki) były traktowane przez nich brutalnie, jako zdobycz wojenna, żołnierze wstydzili się swoich „wyczynów” przed koleżankami z oddziału. Jeden z rozmówców wspominał:
„Atakujemy... pierwsze osiedla niemieckie... Jesteśmy młodzi. Silni. Cztery lata bez kobiet. W piwnicach jest wino. Zakąska. Łapaliśmy niemieckie dziewczęta i... dziesięciu gwałciło jedną... Kobiet brakowało, bo ludzie uciekali przed Armią Radziecką, to braliśmy i całkiem młodziutkie. Dwunastoletnie, trzynastoletnie... Dziewczynki... Jeśli płakała, tośmy bili, czymś zatykali jej usta. Ją bolało, a nas to śmieszyło. Teraz nie rozumiem, jak mogłem... Chłopak z kulturalnej rodziny... Ale to byłem ja... Jedno, czegośmy się wtedy bali, to tego, żeby nasze dziewczyny się o tym nie dowiedziały. Nasze pielęgniarki. Przed nimi było nam wstyd...” (s. 29).
Po wojnie
W momencie zbierania materiałów do publikacji wszystkie bohaterki były już starszymi paniami. Ich życie po zakończeniu wojny potoczyło się różnie, wszystkie jednak pamiętają wydarzenia, w których brały udział. Chętnie o nich opowiadają, pokazując odznaczenia czy pamiątki.
Ożywienie znika dopiero, gdy opowieści dotyczą spraw powojennych. W relacjach pojawia się wtedy rozgoryczenie, żal z powodu niezrozumienia ze strony tych, którzy na wojnie nie byli, ból wywołany izolacją społeczną a nawet represjami stosowanymi wobec nich przez aparat państwowy Rosji. Trudno oprzeć się wrażeniu, że te młode dziewczyny zostały wykorzystane i porzucone przez państwo, któremu oddały wszystko. Mimo to zdecydowana większość z nich nadal jest przekonana o słuszności swoich niegdysiejszych wyborów. Chociaż ich konsekwencje są niekiedy nieoczekiwane i dramatyczne.
„Mój dowódca zwolnił się z wojska. Przyjechał do mnie. Pobraliśmy się. Zapisaliśmy się w urzędzie i już. Bez wesela. A po roku odszedł do innej, do kierowniczki naszej stołówki zakładowej. – Ona pachnie perfumami, a ciebie czuć onucami i buciorami wojskowymi. No więc jestem sama. Na całym świecie nikogo nie mam” (s. 262).
Historia duszy
Kto szuka w książce Swietłany Aleksijewicz nieznanych dotychczas informacji o drugiej wojnie światowej, prawdopodobnie się zawiedzie. To nie jest historia sensu stricte. Wydarzenia wojenne pozostają w tle rozważań o człowieku, o jego naturze, uczuciach, postępowaniu. Reportażowa forma rejestrowania przeszłości znakomicie uzupełnia tzw. historię faktu. Sama autorka przyznaje: „Piszę nie o wojnie, ale o człowieku na wojnie. Piszę historię nie wojny, ale uczuć. Jestem historykiem duszy. Z jednej strony badam konkretnego człowieka, żyjącego w konkretnym czasie i uczestniczącego w konkretnych wydarzeniach, a z drugiej strony muszę dostrzec w nim człowieka wiecznego. Drżenie wieczności. To, co tkwi w człowieku zawsze” (s. 15).
Z drugiej strony, prezentowana pozycja jest bezcennym źródłem dla badacza współczesnej kondycji kobiety i rodziny w krajach byłego ZSRR. Milion kobiet-żołnierek to przecież matki, ciocie, babcie i prababcie dzisiejszych Rosjan, Ukraińców, Białorusinów. Ich doświadczenia, przekazywane czy skrywane, kształtowały i nadal kształtują mentalność kilku pokoleń.
Książka „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety”, znakomicie wpisuje się w krajobraz literatury genderowej. Pomimo nośnego tematu oraz formy sprzyjającej krzewieniu kultu płci, pozbawiona jest akcentów feministycznych. Jest to pozycja zdecydowanie godna polecenia. Powinny sięgnąć po nią zarówno kobiety, które zrozumieją tę książkę bez słów, jak i mężczyźni, którzy pragną dowiedzieć się, w jaki sposób kobiety postrzegają rzeczywistość i co jest dla nich w niej najważniejsze. W szerszej perspektywie, czytelnik bez względu na płeć z pewnością wzbogaci swoje rozumienie świata i natury człowieka.
Agnieszka Fedorowicz, ur.1982 r. w Radomiu. W 2008 r. uzyskała dyplom magisterski uzyskała na wydziale humanistycznym Uniwersytetu Marii Curie – Skłodowskiej, na kierunku historia. Praca pt. Eksperymenty medyczne przeprowadzane na kobietach i dzieciach w niemieckich obozach koncentracyjnych, napisana w Zakładzie Historii Społecznej, pod kierunkiem prof. Zbigniewa Zaporowskiego. Od 2009 r. w trakcie studiów doktoranckich na UMCS w Lublinie, kierunek historia.
Martyrologia kobiet w niemieckich obozach koncentracyjnych od wielu lat stanowi główny przedmiot zainteresowań badawczych. Współpracuje m.in. z Fundacją JA KOBIETA i Muzeum Martyrologii Pod Zegarem w Lublinie. Od 2007 r. współtworzy stronę internetową popularyzującą wiedzę związaną z problematyką obozów koncentracyjnych www.majdanek.com.pl.
Agnieszka Salamucha, ur. 1975 w Warszawie, adiunkt przy Katedrze Metodologii Nauk Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II, absolwentka pedagogiki (1998) i filozofii (2003) KUL, autorka dysertacji „Natura czy kultura? Stanowiska i argumenty w sporze”.











Dołącz do dyskusji - napisz komentarz
Artykuł nie posiada jeszcze żadnych komentarzy.
Dodaj pierwszy komentarz i bądź motorem nowej dyskusji. Zachęcamy do tego.