Weranda literacka

Na zakrętach życia cz. 3

  

Kocham wodę, powiew wiatru i bryzgi fal oceanu. Podróż promem była dla mnie atrakcją i cieszyłem się jak dziecko ze wszystkiego, co tam widziałem. Prom był potężny, miał kilka pokładów, a na dole kilka garaży na samochody. Spacerowałem po promie, starałem się odpędzić obawy przed czekającym mnie spotkaniem.

Umierałem z ciekawości, lecz nie miałem odwagi pytać księdza o tę kobietę, więc czekałem aż on pierwszy zacznie temat. Stałem oparty o balustradę i nawet nie poczułem, gdy ksiądz położył mi rękę na ramieniu.

– Przyjacielu, czeka cię nie lada zadanie – zaczął. 

– Długo się zastanawiałem, czy mogę powierzyć ci tę misję... misję pomocy drugiemu człowiekowi... ale poznałem cię, masz wielkie serce. Opowiem ci historię Mercedes. Znam ją dobrze, bo przychodziła do mnie na plebanię. Często po to, aby porozmawiać o życiu i jego barwach. Szukała u mnie aprobaty tego, co robi i jak żyje. Wysłuchiwałem jej, tak jakbym słuchał spowiedzi. Była piękną kobietą, lubiłem się jej przyglądać 
i wpatrywać się w jej wielkie oczy, widziałem w nich jej duszę.

 

                                                                ***

 

Mercedes w latach osiemdziesiątych przyjechała do Paryża, była młodą hiszpańską malarką po studiach artystycznych. Początkowo sprzedawała obrazy na Montmartre, ale szybko poznała paru malarzy i zawarła cenne znajomości. Powoli budowała tu nową egzystencję, nawiązała liczne kontakty z paryskim światem artystów.

Jej obrazy kupowali znani marszandzi, wystawiane były w wielu galeriach. Interesowali się jej obrazami Amerykanie, Japończycy i bogaci Arabowie. Jeździła z wystawami po świecie. Stan kont bankowych też z każdym rokiem się powiększał. Pomimo sukcesów nie była szczęśliwa, w jej sercu nie było miejsca na stałe dla nikogo. Miała wielu kochanków, ale żadnego tak naprawdę nie kochała, tak na zawsze, na całe życie. Praca i sukcesy przysłoniły jej świat realny i wartości normalnego życia.

Coraz częściej rozmyślała o wyjeździe gdzieś daleko, gdzieś, gdzie nikt nie będzie jej znał, gdzie będzie mogła żyć dla siebie i dla sztuki i może jeszcze dla kogoś. Miała już dosyć tych codziennych telefonów, spotkań, wywiadów i bankietów. 

 

W latach osiemdziesiątych La Gomera była azylem dla hippisów i innych, którzy mieli dość cywilizacji i kontrolowanego życia. Była kiedyś tam na krótkim urlopie i właściwie już wtedy zdecydowała, że jak będzie chciała gdzieś uciec przed światem, to tylko tu, na tę wyspę. Coraz częściej rozmyślała o tej ucieczce od miasta, ludzi i cywilizacji.

Nie dzieliła się planami z nikim, choć powinna była już dawno poinformować o nich swego impresario Mauricio, który pilnie układał jej dalszą przyszłość. Czuła się winna wobec niego, on snuł dla niej plany, a ona snuła plany w tajemnicy dla siebie. 

 

Nadszedł dzień, kiedy Mauricio poznał prawdę, obraził się, zarzucając jej nielojalność wobec niego i ich wspólnych interesów.

– Zniszczyłaś mi moją egzystencję, zresztą twoją też – grzmiał. – Trzeba być wariatem, aby mieć takie plany. Jesteś u szczytu kariery, w rozkwicie twórczym, podziwiana przez innych… To wszystko dla twojego widzimisię chcesz zniszczyć. Chora jesteś czy co?

Łapał się za głowę i krzyczał:

– Wariatka... no, wariatka... i ja się z nią zadawałem?! Trzeba samemu być wariatem, by tego nie przewidzieć, że od tej kreatywności ludzie rozum tracą!

Załatwiła wszystkie formalności z Mauricio, zapłaciła mu odszkodowanie za zerwanie umów. Już się nie kłócili, nie dyskutowali na temat jej planów i wyjazdu. Wiedziała, że Mauricio miał do niej żal i że został bez pracy. Znaleźć kogoś, z kim można pieniądze zarobić, było trudno. Miał żonę i dzieci, dom, który spłacał…

 

Ale takie jest życie... Nic nie jest stałe i trzeba zawsze być gotowym na przykre niespodzianki.

Mercedes szybko sprzedała atelier i mieszkanie, załatwiła tymczasowe lokum przez pośrednika, wynajmując dom na wyspie La Gomera, tzw. finkę stojącą gdzieś na odludziu. Sama dobrze nie wiedziała, gdzie jedzie, widziała zaledwie kilka zdjęć w biurze wynajmu nieruchomości.

Wszystkie przygotowania trwały niecały miesiąc. Bez żalu opuszczała Paryż, w końcu było to jej postanowienie i jej decyzja.

La Gomera to mała wyspa, jedna z siedmiu Wysp Kanaryjskich. Szybko stała się dla niej rajem, podobało się jej wszystko, a w szczególności bujna przyroda. Kupiła skuter, którym poruszała się po wyspie, uprawiała mały ogródek, zawarła różne znajomości, najbardziej zaprzyjaźniła się z hippisami z Doliny Wielkiego Króla. Mieszkańcy wyspy już się dawno przyzwyczaili do takich oryginałów, bo na La Gomerze panują inne reguły. Tu każdy jest normalny, choć zakręcony na swoją stronę.

Mercedes poznała Bena i pierwszy raz w życiu się zakochała. Ben był bogatym Amerykaninem z Alaski, podobnie jak ona zmęczony życiem i tą wieczną pogonią za pieniędzmi. Tak jak ona sympatyzował i przyjaźnił się z hippisami, troszczył się o nich i o ich komunę.

Ben już dawno przybył na La Gomerę i wybudował tu dom, wygodny i przestronny. Po jakimś czasie zamieszkali w nim razem. Ich życie było jak piękna bajka, istnieli tylko dla siebie. Mercedes nawet nie myślała o powrocie do sztuki, do malowania, tak jakby miała uraz do tego, co robiła dawniej. Lata mijały, a ona nawet skrzynek z akcesoriami malarskimi nie otworzyła.

Ben często ją namawiał na powrót do malarstwa, ale ona bała się tego, bała się, że utraci to, co ma teraz, że wszystko zacznie się od nowa, ta cała pogoń za sukcesem.

Codziennie pływali jachtem Bena, robili wspaniałe wypady, upajali się przyrodą wyspy, oceanem, światem, który tu istniał sam dla siebie. Byli szczęśliwi razem.

Któregoś jesiennego dnia pogoda była jak wymarzona, ocean wyciszony, odpłynęli od La Gomery dość daleko. Nagle zmienił się wiatr, przeradzając się w ciągu kilku minut w gwałtowny sztorm. Jacht stał się łupinką orzecha na wielkim oceanie. Przewróciło ich, Ben starał się Mercedes ratować, ale sam utonął. Może dostał zawału serca, może się zachłysnął ...?

Mercedes znaleziono na drugi dzień na sąsiedniej wyspie Teneryfie, nieprzytomną z wyczerpania, ale żywą. Długie miesiące spędziła w szpitalu, potem w ośrodku dla chorych umysłowo, cierpiała na amnezję wsteczną. Nie wiedziała, kim jest, skąd się tu wzięła, nawet nie zdawała sobie sprawy, że przeżyła tak straszny wypadek.

Na La Gomerze była lubiana i sąsiedzi martwili się 
o nią, przychodzili do mnie, prosząc o pomoc dla niej. Także synowie Bena troszczyli się o nią, chcieli, żeby dalej mieszkała w jego domu. Wraz z jego synami zabraliśmy ją na La Gomerę, organizując dla niej podstawową opiekę.

Ale opieka to nie wszystko, bo człowiek potrzebuje drugiego człowieka ... 

                                                                                                            

                                                                  ***

 

Ksiądz przerwał swą opowieść... Staliśmy oparci o balustradę, nogi mi jakby się uginały po wysłuchaniu tej historii. Takiego rozwiązania się nie spodziewałem, byłem w szoku. Ksiądz wyczuł moją rozterkę. 

– Nie martw się, poradzisz sobie, życie też cię doświadczyło, tak samo jak ją, tylko inaczej. 

Prom dobijał do San Sebastián de la Gomera. Wszystko było nowe i ciekawe. Powietrze było przepojone wilgocią, słońce przedzierało się przez opary mgieł. Przede mną rysowały się złomy skalne porośnięte obficie roślinnością. To wyspa Kolumba, tu kiedyś przed pięciuset laty robił przystanki w podróżach, tu przeżył też wielką miłość. Może i ja coś jeszcze tu przeżyję...? 

Wsiedliśmy do taksówki, wiatr wdzierał się przez otwarte okna, zapachniało kwiatami cytryny lub miodem, poczułem w sercu radość. Patrzyłem na przyrodę, to najprawdziwszy cud natury. Mała wyspa, pełna skał, zieleni, mgieł i słońca... Jazda trwała około pół godziny, droga prowadziła to pod górę, to w dół, to znów pod górę. Przejechaliśmy długi tunel i nagle naszym oczom ukazała się wspaniała zielona dolina HermiguaDom stał na zboczu, wkomponowany w skały, otoczony palmami i wielkimi agawami.

 

Mercedes siedziała na tarasie i bezwiednie wpatrywała się w horyzont. Na powitanie popatrzyła na nas obojętnym wzrokiem. Po chwili rozpoznała księdza Jana, bo powściągliwie się do niego uśmiechnęła, podniosła się z fotela i wreszcie nas przywitała. 

Od czasu amnezji na nowo poznawała otaczający ją świat i ludzi. Księdza nie pamiętała z „tamtego okresu”, znała go „teraz”, bo należał do grona ludzi roztaczających nad nią opiekę.

– To jest Feliks, przywiozłem go do ciebie, będzie ci pomagał w domu i ogrodzie, nie będziesz skazana tylko na pomoc sąsiadów, będzie mieszkał z tobą.

Uśmiechała się, ale w jej oczach nie było ani radości, ani niepokoju, były smutne i bez wyrazu. Nie odpowiedziała nic, tylko skinęła głową.

Ksiądz pożegnał się szybko, bo taksówka cały czas na niego czekała. 

– Jak będziesz miał kłopoty, to dzwoń, telefon mój znasz. Ale zakładam, że poradzisz sobie, dokoła masz życzliwych ludzi,którzy ci z pewnością pomogą.

 

Zostaliśmy sami, mój hiszpański nie był olśniewający, ale porozumiewałem się bez trudu. Mercedes była apatyczna, początkowo miała problemy z rozumieniem mnie. Stałem się dla niej nowym wyzwaniem, ale zauważyłem, że w rozmowie ze mną stara się uruchomić swoje zmysły, aby nawiązać kontakt. Pokazała mi dom, mój pokój, nawet zainteresowała się, skąd przybywam i kim jestem.

Mercedes właściwie wegetowała w tym domu, nawet zakupy robili sąsiedzi. Czasem pomagali jej w pracach domowych lub w ogrodzie. Będąc sama i mając wymazaną całą przeszłość z pamięci, nie miała żadnego punktu zaczepienia się myślami. Biernie czasem oglądała telewizję, nie wiedząc, po co i czy ją to w ogóle interesuje. Cierpiała bowiem na depresję związaną z jej amnezją. Często obserwowałem ją, gdy siedziała sama, wpatrywała się wtedy bezwiednie w horyzont oceanu. Na mój widok zawsze się ożywiała i starała się nawiązać ze mną rozmowę. Czasem, o ile pogoda na to pozwalała, siedzieliśmy na tarasie, podziwiając zachody słońca. Ale były i dni, kiedy zamykała się w sobie i stawała się nieprzystępna lub całe dni spędzała w łóżku.

Rozmyślałem, jak ją czymś zainteresować. Któregoś dnia rozłożyłem moje farby i papier do akwareli, zacząłem malować. Mercedes stanęła mi za plecami i po chwili zaczęła mi doradzać i poprawiać. Oniemiałem... a więc wszystko w niej nie wygasło, dusza artystyczna drzemie, może uda mi się ją przywrócić do życia. Podałem jej pędzel i papier, prosząc o to, by mi towarzyszyła w malowaniu. Uśmiechnęła się zawstydzona i powiedziała:

– Nie, ja nie umiem. 

Usiadła w fotelu i zaczęła mnie obserwować, jej twarz była inna niż zwykle.

 

Dni mijały, oswajaliśmy się ze sobą, chodząc na długie spacery czy wspinając się po stromych ścieżkach. Jednego nie lubiła – chodzić na plażę. Ten wypadek chyba wrył się tak głęboko w podświadomości, że omijała wodę. Nawet nie chciała schodzić na dół 
w kierunku starego portu i zatoki. Zamykała się wtedy w sobie, ręce jej drżały i prosiła: „wracajmy, jestem zmęczona”.

Nasze rozmowy były tylko o tym, co jest i co będzie, natomiast przeszłość była tematem tabu. Ksiądz mnie poinformował, że Mercedes powinna przejść seanse psychoterapeutyczne, ale można je dopiero podjąć wtedy, kiedy ona zechce wrócić do tego, co było. Od wypadku minęły już dwa lata, lecz Mercedes chyba nie chciała wracać do swojej przeszłości. Moja rola miała polegać na tym, by się nią zaopiekować i wyciągnąć z tego apatycznego stanu.

 

 

Izabella Degen 

koniec cz. 3   cdn.

 

Warto przeczytać część drugą „Na zakrętach życia” 

https://www.kobieta50plus.pl/pl/weranda-literacka/na-zakretach-zycia-2

Dołącz do dyskusji - napisz komentarz

Prosimy o zachowanie kultury wypowiedzi.
Obraźliwe komentarze są blokowane wraz z ich autorami.

Artykuł nie posiada jeszcze żadnych komentarzy.

Dodaj pierwszy komentarz i bądź motorem nowej dyskusji. Zachęcamy do tego.