Weranda literacka

Trup w szafie

Pan w kominiarce popatrzył jednak na mnie takim wzrokiem jak mój mąż, ale oczywiście przed ślubem.

Praca nadesłana na konkurs "Ze zbrodnią w tle".

O tym, że trupy zazwyczaj znajduje się w szafie, wie prawie każdy. Mało kto ma jednak świadomość tego, że owa „szafa” może pewnego dnia okazać się jego własną.
Musiałam wstać wcześnie rano i już z tego powodu byłam w złym humorze. Rzadko zdarzało mi się ściągać z łóżka przed południem, tego dnia nie wypadało jednak inaczej. Otworzyłam okno mając nadzieję, że świeże powietrze mnie dobudzi. Wychyliłam się i popatrzyłam na ratusz. Zawsze chciałam mieszkać przy wrocławskim rynku. Niestety, kiedy wprowadzaliśmy się do miasta okazało się, że wszystkie mieszkania, które znajdują się w jego obrębie, są zajęte. Na szczęście lokatorzy jednego z nich zginęli w niewyjaśnionych okolicznościach i mogliśmy zająć ich miejsce.
- Kochaanieee... – krzyknęłam. Nie odezwał się nikt.
Otworzyłam szafę i wygrzebałam z niej czarną bluzkę. Musiałam się pośpieszyć. Tego dnia na Cmentarzu Osobowickim miał się odbyć pogrzeb mojej siostry bliźniaczki. Co prawda cztery lata temu wprowadzono ograniczenie w wykonywaniu na nim pochówków, ale mój mąż potrafi wszystko załatwić. Nie wiem, jak on to robi.
Parę dni wcześniej znaleziono zwłoki siostry przed moim domem, szła nas odwiedzić. Pisano o niej później we wszystkich wrocławskich gazetach, mimo że z nas dwóch zawsze to ja byłam bardziej medialna. Specjalnie dla niej upiekłam babkę. Może i lepiej, że nie trafiła na miejsce, bo ciasto okazało się zakalcem. Chociaż jak zwykle postępowałam zgodnie z przepisem, musiałabym się znowu wstydzić. Poza tym dobrze jej tak, niepotrzebnie się do mnie wpraszała.
Spojrzałam na zegarek. Na pogrzeb miało przyjść wielu znajomych, musiałam się porządnie wystroić. Nerwowo przekładałam wieszaki z ubraniami w poszukiwaniu czarnych spodni z naturalnej skóry. Nagle trafiłam na coś twardego. Wyrzuciłam na podłogę kolejną stertę odzieży i przyjrzałam się znalezisku. To był trup – mocno zmasakrowany, ale rozpoznałam w nim mojego męża. Teraz wszystko się wyjaśniło. Właśnie dlatego nie odpowiadał, kiedy go wołałam.
Od razu poprawił mi się humor. I tak nie miałam z niego pożytku, ciągle znikał z domu. Wyjeżdżał w interesach, prowadził własną firmę. Kiedyś pytałam, czym się zajmuje, powiedział, że jakimiś wysyłkami, po czym dał mi pieniądze na nowe ubranie. Kupiłam wtedy piękną czarną minispódniczkę, która nie dość, że podkreślała moje zgrabne nogi, to jeszcze nadawała się w sam raz na szczególne okazje takie jak pogrzeb. Dobrałam do niej odpowiednie szpilki oraz śliczną bluzkę z dużym dekoltem, żeby koleżanki zazdrościły mi nowych, trochę powiększonych piersi. Spojrzałam w lustro. Pomyślałam, że nieźle się jeszcze trzymam i z pewnością znajdę sobie sto razy lepszego męża. W tym samym momencie usłyszałam pukanie do drzwi. Spojrzałam na zegarek. Brakowało mi czasu, żeby otworzyć, szofer miał przyjechać już pięć minut temu. Pewnie utknął w korku. Chwilę później zobaczyłam, jak ktoś wyważa drzwi, a następnie do mieszkania wbiegło kilku policjantów. Spojrzeli na podłogę. Na środku dywanu, w stercie ubrań leżały zwłoki mojego męża. W tym całym pośpiechu nie zdążyłam ułożyć ich w żadnym sensownym miejscu. Nie słuchając wyjaśnień zakłuli mnie w kajdanki i posadzili w radiowozie. Nie pozwolili mi nawet iść na pogrzeb siostry. To nie było miłe, w końcu stypa to jedna z niewielu okazji, kiedy można zobaczyć tylu starych przyjaciół i członków rodziny.
Nawet się nie obejrzałam, kiedy znalazłam się w areszcie. Potem policjanci zaprosili mnie na jakieś przesłuchania, a potem znowu zamknęli i tak w kółko. Dostałam jednoosobową celę, uznali mnie chyba za groźną zabójczynię. Szkoda, bo nie miałam nawet z kim porozmawiać. Kiedy więc leżałam na swojej pryczy i zaczynałam się już trochę nudzić, zaczęłam rozmyślać. Próbowałam przypomnieć sobie, co tak naprawdę działo się na imprezie dzień wcześniej, bo chyba urwał mi się na niej film. Być może wtedy doszło do jakiejś zbrodni. Niestety, poważny proces myślowy przerwał mi wchodzący do celi strażnik. Przyjrzałam mu się dokładnie.
- Kochanie?... – zapytałam.
- Cicho, kobieto! – strażnik, który okazał się moim mężem, który nie okazał się jednak trupem, przywołał mnie do porządku. Później jak gdyby nigdy nic wyjął spod pryczy owinięte kocem zwłoki mojej siostry bliźniaczki, rozpakował je, kazał mi wstać i położył je na zwolnionym przeze mnie miejscu. Potem spod tego samego łóżka wygrzebał strój strażniczki.
- Naprawdę myślałeś, że noszę taki duży rozmiar? – oburzyłam się patrząc na metkę z napisem „M”. Ubrałam jednak mundur i okazało się, że pasuje jak ulał. To pewnie dlatego, że zgubiłam karnet do klubu fitness. Następnie chciałam coś powiedzieć, ale mąż zatkał mi usta. Strasznie mnie denerwuje fakt, że on zawsze musi mną kierować, jakbym sama nie mogła sobie z niczym poradzić.
Kiedy wyszliśmy już z więzienia i wsiedliśmy do jego nowego BMW, pognaliśmy w stronę restauracji. Nie mogło nas bowiem zabraknąć na stypie. Mąż musiał też pochwalić się przed kolegami moimi silikonowymi piersiami. To dzięki niemu dostałam zniżkę na operację w jednym z najlepszych gabinetów chirurgii plastycznej we Wrocławiu. Nie wiem, skąd on ma tyle kontaktów. Zapytałam, jak wytłumaczył rodzinie brak zwłok w trumnie. Okazało się jednak, że trumny nie było, a ciało udało się przechwycić w drodze do krematorium. Dzięki temu siostra mogła teraz leżeć w więzieniu i udawać mnie. Czasami dobrze mieć siostrę bliźniaczkę. Już w podstawówce chodziła za mnie do odpowiedzi, bo podobno była mądrzejsza. Okazało się jednak, że w życiu wygrywa ten, kto ma dłuższe paznokcie. Zapomniałam tylko zapytać męża, jakim prawem on żyje. W ostateczności uznałam, że nie stanowi to na ten czas priorytetu.
Nagle zauważyłam, że coś za nami jedzie. To coś było na sygnale.
- Kobieto, na ziemię! – krzyknął mąż, po czym zepchnął mnie na wycieraczkę. Dobrze, że nie zdążyłam się jeszcze przebrać na stypę. Strasznie bym się przecież ubrudziła. Usłyszałam parę strzałów, potem jakiś trzask. Chyba zmieniliśmy też trasę, nigdy jeszcze nie jechałam samochodem przez środek rynku. W zabójczym tempie mijaliśmy sukiennice, ratusz, Jasia, Małgosię i przechodniów. Niektórych nie zdążyliśmy ominąć. Po paru minutach mąż odwrócił się w stronę przedniej szyby i podążaliśmy już spokojnie do celu. Nie wiedziałam, skąd miał przy sobie broń i gdzie nauczył się jeździć jak prawdziwy rajdowiec. Wyjaśnił mi, że pistolet znalazł w kieszeni munduru, a jazdę samochodem ćwiczył na odpowiednich grach komputerowych. To mieliśmy szczęście.
Kiedy dojechaliśmy na stypę, goście kończyli już deser. Dobrze się składało, bo musiałam stosować dietę od czasu, kiedy zgubiłam ten nieszczęsny karnet na fitness. Poszłam jeszcze do łazienki, żeby się przebrać oraz poprawić nowy stanik w rozmiarze E, wypięłam dumnie piersi, a następnie zajęłam miejsce wśród gości. Nagle do restauracji wbiegł policjant i zaczepił mojego męża. Nie wiem, jak to się stało, wydawało mi się, że z pościgu nie wyszedł cało żaden gliniarz.
- Panie – powiedział, patrząc błagalnym wzrokiem – słyszałem, że wysyłasz wszystkich policjantów, co ci zachodzą za skórę... że na tamten świat ich wysyłasz. Ale może się dogadamy jakoś, ty mi nic nie zrobisz, ja bym ci pomógł w wysyłaniu...
Mąż wstał i uznał, że musi zapalić. Poczęstował policjanta papierosem, a następnie przenieśli się na zewnątrz, bo w restauracji obowiązuje zakaz palenia.
Mój mąż jeszcze nigdy nie palił aż tak długo. Już się nawet zaczęłam trochę nudzić na tej stypie, mógł mi chociaż zostawić kluczyki. Na szczęście po dwudziestu minutach wreszcie się pojawił. Przyszedł sam, a na jego koszuli widniały czerwone ślady. Widząc moje pytające spojrzenie wyjaśnił, że musiał iść z policjantem na hotdoga, bo nie zdążyliśmy przecież na obiad, a nie umie dyskutować, kiedy jest głodny. I niestety pobrudził się keczupem. Co za pech.
Ponieważ nie bawiliśmy się zbyt dobrze na tej uroczystości, szybko pożegnaliśmy resztę gości i pojechaliśmy do domu. Wreszcie nadarzyłaby się okazja, żeby spędzić czas we dwoje gdyby nie bulwersujący fakt, że podczas pościgu złamał mi się tips. Zrobiłam awanturę mężowi, bo mógł mnie przecież delikatniej wcisnąć w wycieraczkę, kiedy goniły nas radiowozy. Nie udało mi się jednak przemówić mu do rozumu, tylko się jeszcze bardziej zdenerwowałam. Po tym zdarzeniu uznałam, że nie wytrzymam już dłużej w tym fatalnym małżeństwie. Nie mogłam się jednak rozwieść, ponieważ mój mąż zagroził mi, że jeśli złożę odpowiedni pozew, to wyśle mnie daleko stąd. Niestety, nie powiedział gdzie. Dlatego bałam się ryzykować, bo nie wiem, co bym zrobiła, gdyby to miejsce nie przypadło mi do gustu. Żeby więc ochłonąć po kłótni i nabrać sił potrzebnych mi do zmagania się z losem udałam się do salonu kosmetycznego, gdzie musiałam naprawić złamany paznokieć. Kiedy siedziałam w poczekalni, trochę mi się nudziło. Wtedy znów zaczęłam zastanawiać się nad tym, czyjego trupa wyciągnęłam rano z szafy. Na wieczornej imprezie pojawili się u nas tylko znajomi, których widziałam później żywych na stypie. Oni więc odpadali.
Nagle usłyszałam dźwięk strzałów, które wyrwały mnie z tych intensywnych rozważań. Ludzie zawsze zarzucali mi, że nie grzeszę myśleniem, ale co mam zrobić, kiedy ciągle coś mi je przerywa.
Wtedy stała się tragedia. Odłamek szkła z rozsypującej się szyby trafił mnie prosto w nową pierś, natomiast do salonu wbiegło kilku panów w kominiarkach. Ostrzegłam ich, żeby uważali, bo się pokaleczą, ale chyba niezbyt się tym przejęli. Wtedy pojawił się mój mąż. W ręce miał kałasza, a na ubraniu bardzo dużo czerwonych plam, które raczej nie wzięły się z hotdogów. Nie zastanawiając się ani przez chwilę pozabijał wszystkich klientów salonu, którzy mieli na głowach kominiarki. Nie rozumiem takiego zachowania, ja bym chyba tak nie mogła dyskryminować ludzi ze względu na wygląd.
Trzeba przyznać, że sam też wyglądał mało zachęcająco w poplamionej koszuli. Oczywiście, to nie on musiał ją później prać. Po jego minie dało się wywnioskować, że trochę się na mnie zezłościł, kiedy tak wyszłam bez ochrony i bez pytania. Bez słowa wziął mnie pod pachę i zawiózł do szpitala. Od godziny mieliśmy bowiem ciche dni. Lekarze powiedzieli, że cudem przeżyłam i gdyby nie silikon, byłoby już po mnie. Mąż tłumaczył im, że jakiś łobuz rzucił w szybę kamieniem. Nie mam pojęcia, dlaczego on ciągle kłamie. Zawsze uczyli mnie, że należy mówić prawdę. Zaczęłam się zastanawiać, czy powinnam mu w ogóle ufać. Może w końcu mnie też okłamuje. Niewykluczone, że wcale nie zajmuje się przez tyle godzin dziennie wysyłaniem, tylko po prostu mnie zdradza.
Droga do mieszkania i tym razem okazała się dość stroma. Zamiast radiowozów goniło nas dla odmiany czarne BMW, takie samo, jakie posiada mój mąż i kilka bardzo ładnych Mercedesów. Cała ta scena wyglądała jak z filmu o gangsterach. Nie wiem, jak to się stało, bo przecież mafie występują tak naprawdę jedynie we Włoszech i w telewizji. Szkoda tylko, że nie mogłam prawie nic zobaczyć. Mąż wgniótł mnie w tą samą co zawsze wycieraczkę, kiedy próbowałam się wychylać. Nie lubię, kiedy ktoś nie darzy mnie szacunkiem. Postanowiłam, że nawet jeśli przeżyjemy, to i tak się z nim rozwiodę.

@page_break@


Kiedy tymczasem poprzestrzelał już goniącym nas panom opony, a potem co niektórym również kolana, spokojnie pojechaliśmy do domu. Następnie urażona jego zachowaniem wstałam z wycieraczki, otrzepałam się z błota i pomaszerowałam do domu. Niestety, podczas pościgu złamał mi się obcas. Prawie się przewróciłam, ale mąż złapał mnie w ostatniej chwili. Denerwuje mnie to, że on wszędzie pcha łapy. W domu zrobiłam mu awanturę. Wygarnęłam mu, że woli swoją firmę wysyłkową niż naszą płomienną miłość. Próbował się tłumaczyć, że jeśli zaniedba interesy, nie przeżyjemy. Zaczęłam mu wyjaśniać, że mogę nawet rzadziej chodzić do kosmetyczki i wyżyjemy za mniejszą kwotę, tylko chciałabym częściej widywać go w domu. Ale on się uparł, że wcale nie o to chodzi. Jeśli nie o to, to ja już nie wiem o co. Mężczyźni są jacyś dziwni. Następnie przestałam się wydzierać, po czym zatrzasnęłam drzwi do sypialni, a on - wyjściowe. Przypomniałam sobie bowiem, że mamy ciche dni.
Położyłam się więc na łóżku i, korzystając z wolnej chwili, znów rozmyślałam nad trupem z szafy. Nie mam pojęcia, skąd wziął się u mnie taki refleksyjny nastrój. Nagle usłyszałam pukanie do drzwi. Znowu ktoś śmiał przerwać moje próby rozwiązania tej całej zagadki.
- Proszę! – krzyknęłam.
Drzwi otworzyły się i weszło kilku panów w kominiarkach. Grzecznie się przywitali, nie to, co mój mąż. Zapytali, czy mogą zająć chwilkę. Ponieważ na uprzejmość zawsze odpowiadam uprzejmością, chętnie się zgodziłam. Podałam im kawę i babkę, której nie zdążyła zjeść przed śmiercią moja siostra bliźniaczka. Powiedzieli, że bardzo dobra. Strasznie się ucieszyłam, bo nareszcie spotkałam jakichś miłych ludzi, trudno o takich w dzisiejszych czasach. Porozmawialiśmy chwilę o pogodzie i stanie dróg. Powiedzieli, że ich nowe Mercedesy strasznie się zużywają w naszych polskich warunkach. Kiedy poszłam do łazienki, szeptali coś o jakiejś kobiecie, że jest głupia jak but i ciężko z nią wysiedzieć pięć minut bez irytacji, ale okup dostaną za nią nieziemski. Ciekawe, co to za jedna, ile zarobią i czym w ogóle jest ta „irytacja”. Muszę jednak przyznać, że spostrzegawczy się wydawali i mądre mieli wnioski. Chętnie wybrałabym sobie spośród nich nowego męża, ale wszyscy jak na złość poubierali te głupie kominiarki, co utrudniało dokonanie selekcji. Zastanawiałam się, dlaczego. Może zaczęli za bardzo łysieć i się tego wstydzą. Trochę samokrytyki co prawda nigdy nie zaszkodzi, ale to już chyba przesada.
Nagle jeden z miłych panów wyjął pistolet. Myślałam, że da mi obejrzeć, i już się ucieszyłam, bo mój mąż nigdy nie pozwolił mi nawet dotknąć swojego karabinu mówiąc, że kobiety powinny siedzieć w kuchni. Niestety, nie zdążyłam się o tym przekonać, bo do pomieszczenia wbiegł jeszcze inny pan w kominiarce, tym razem nie aż tak grzeczny. Najbardziej zdziwiło mnie to, że posiadał dwie inne skarpetki, dokładnie tak, jak mój mąż. Poza tym ubrał się na czarno, jak cała reszta. Bez żadnych wyjaśnień poprzestrzelał moim nowym kolegom kolana, a co niektórym także czaszki. Widok był niezbyt przyjemny tym bardziej, że niedawno jadłam babkę. Zaraz po nim wbiegł policjant, który jeszcze kilka godzin temu wychodził z moim mężem na hotdoga. Trzeba przyznać, że miał straszną zadyszkę. Powinien trochę popracować nad formą, chętnie oddałabym mu swój karnet na fitness pod warunkiem, że pomógłby mi rozwikłać zagadkę trupa z szafy. Kiedy zobaczył, że niegrzeczny pan w kominiarce załatwił już wszystkich innych, uśmiechnął się tylko i zaprosił nas oboje na hotdoga obiecując, że tym razem to on stawia.
Pan w kominiarce popatrzył jednak na mnie takim wzrokiem jak mój mąż, ale oczywiście przed ślubem. Następnie grzecznie przeprosił policjanta i zapytał, czy mógłby spędzić ze mną ten wieczór. Zaczęło się bowiem trochę ściemniać. Zgodziłam się oczywiście, bo każdego osobnika płci męskiej uważałam za coś lepszego niż mój przyziemny, ciągle wysyłający mąż. Policjant uznał, że jednak przestał odczuwać głód i właściwie to powinien już iść. Miał rację, fast-food niszczy zdrowie. Po jakimś czasie, kiedy miałam wrażenie, że atmosfera się ociepliła, ostrożnie zdjęłam panu w kominiarce czapkę z głowy, żeby nie psuć ewentualnej fryzury. Dokonałam tym samym niezwykłego odkrycia. To był mój mąż.

Wszystkie zaistniałe sytuacje sprawiły, że tej nocy nie wyspałam się zbytnio, dlatego konieczność rannego wstawania nie napawała mnie entuzjazmem. Ktoś musiał jednak posprzątać po wczorajszym zamieszaniu. Przeciągnęłam się więc leniwie, stoczyłam się z łóżka, otworzyłam szafę i znowu znalazłam w niej trupa. Podeszłam do tego bez emocji, tak działa siła przyzwyczajenia. Przyjrzałam się zwłokom. To prawda, ktoś je mocno uszkodził, ale tym razem już na pewno rozpoznałam w nich własnego męża. Jaka szkoda, właśnie zaczęło nam się układać. Przez chwilę żałowałam, że los nie podarował nam jeszcze chociaż jednego wspólnego dnia. Mąż obiecał bowiem, że da mi na nowe tipsy. Postanowiłam jednak, że nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem i trzeba brać życie takim, jakie jest.
Podeszłam więc do okna, otworzyłam je najszerzej, jak się dało i odetchnęłam świeżym powietrzem. Miałam wrażenie, że tego dnia wrocławski rynek wygląda nawet piękniej niż zazwyczaj. Na zewnątrz kręciło się kilku ubranych na czarno mężczyzn w kominiarkach. Nie wiedziałam, po co im czapki w taki ciepły letni poranek, ale to przecież nie moja sprawa. Za ich plecami zauważyłam znajomych już policjantów. Uśmiechnęłam się do nich zachęcająco i pomachałam na przywitanie. Musiałam się starać, w końcu szukałam nowego męża. Wtedy ktoś brutalnie przewrócił mnie na podłogę, a kula z karabinu przeleciała mi nad głową i przebiła na wylot szafę z ubraniami. Dobrze, że wyjęłam z niej już wcześniej trupa. W innym wypadku miałabym dużo więcej sprzątania. Zanim zorientowałam się, o co w ogóle chodzi, usłyszałam za plecami znajomy skądś głos:
- Oj, kobieto, kobieto...
Od tego dnia dużo się zmieniło. Mój wybawiciel, który okazał się moim mężem, który na szczęście lub też niestety (bo już sama nie wiem) nie okazał się jednak trupem z szafy, urządził mi w mieszkaniu własny salon kosmetyczny. Dzięki temu nie mam potrzeby wychodzenia z naszego apartamentu i jestem w miarę bezpieczna. Zaczynam też nowe życie - z nową szafą. Poza tym wymieniliśmy okna na takie, które się nie otwierają. Przez kuloodporne szyby widzę czasami kręcących się nerwowo panów w kominiarkach, a potem słychać tylko odgłosy wystrzałów. W sumie nic szczególnego.
Za najważniejszy fakt uważam jednak to, że wreszcie rozwiązałam zagadkę dotyczącą trupów z szafy. Przypomniałam sobie, że przecież musiałam jakoś pozbyć się moich dwóch kochanków, kiedy zaczęli się domyślać, że nie są tymi jedynymi. A ponieważ zawsze mam coś na głowie, zapomniałam ich po prostu wyciągnąć z tego głupiego mebla. Mama zawsze mi mówiła, że powinnam się bardziej koncentrować na tym, co robię. Może miała i rację.


Joanna Lis (autorce gratulujemy poczucia humory - Redakcja)
O autorce - Laureatka kilku konkursów prozatorskich (konkurs na opowiadanie w ramach Międzynarodowego Festiwalu Kryminału we Wrocławiu 2009, konkurs na opowiadanie pod hasłem iMan w ramach Międzynarodowego Festiwalu Opowiadanie we Wrocławiu 2010 – nominacja, konkurs Gazety Wyborczej „Gliwice za sto lat”, konkurs GWSP i Samorządu Miasta Gliwice „Gliwice dziś i jutro, Gliwice wczoraj i dziś”...i inne) oraz jednego poetyckiego. Mieszka w Gliwicach.

Collage - Elżbieta z Lublina

Dołącz do dyskusji - napisz komentarz

Prosimy o zachowanie kultury wypowiedzi.
Obraźliwe komentarze są blokowane wraz z ich autorami.

Artykuł nie posiada jeszcze żadnych komentarzy.

Dodaj pierwszy komentarz i bądź motorem nowej dyskusji. Zachęcamy do tego.