Z wrocławskiej werandy
film w reżyserii Gerarda Zalewskiego pt. „Dom moich synów” w roku 1975 dostał nagrodę specjalną jury w kategorii filmu telewizyjnego. Ten świetnie poprowadzony reżysersko i w doborowej obsadzie obraz rok później uhonorowany został także w Monte Carlo wyróżnieniami Międzynarodowego Katolickiego Biura Filmowego, Światowego Stowarzyszenia Przyjaciół Dzieci, a na Festiwalu „Młodzi i Film” w Koszalinie nagrodą „Jantar” za film telewizyjny.
Główną rolę w sposób mistrzowski zagrała wybitna aktorka teatralna starszego pokolenia, nieżyjąca już, Zofia Jaroszewska, a towarzyszyli jej m.in. Beata Tyszkiewicz, Lidia Korsakówna, Halina Kossobudzka, Stanisława Celińska, Jerzy Kamas , Marek Walczewski, Gustaw Lutkiewicz .
Temat filmu jest następujący – owdowiała matka, grana właśnie przez Zofię Jaroszyńską, żyje samotnie w starym domu z ogrodem, jej trzej dorośli synowie urządzili się w Warszawie i pochłonięci swoimi sprawami od dawna już jej nie odwiedzają. Sąsiedzi chcą odkupić dom, więc starsza pani postanawia pojechać do Warszawy i poradzić się ich, a przy okazji spotkać się z nimi.
Niestety, spotkanie to okazuje się wielkim rozczarowaniem. Dwaj żonaci synowie zajęci są właśnie swoimi karierami, mają problemy małżeńskie, a syn kawaler uprawiający artystyczny zawód umawia się to z jedną to z drugą dziewczyną i po stanie jego mieszkania widać, że prowadzi dość swobodny tryb życia i nie spieszno mu do ustatkowania się.
Niezapowiedziana wizyta matki wprawia wszystkich w zakłopotanie, w sumie przeszkadza im, stwarza niezręczne sytuacje, rozmowy nie kleją się i urywają w pół zdania. Chęć zatem poradzenia się i odnalezienia dawnej więzi, kiedy synowie byli małymi chłopcami, kończy się smutnym powrotem do domu, do swojej samotności, którą wzruszająco oddał reżyser na zakończenie filmu pokazując jedno jedyne światełko palące się w oknie domu okrytego ciemnością wieczoru.
Podobną tematykę odwiedzin dorosłych już dzieci przez samotnego rodzica, tym razem ojca, podejmuje film , który premierę w Polsce miał 8 stycznia 2010 roku , a mianowicie „Wszyscy mają się dobrze” w reżyserii Kirka Jonesa , gdzie rolę ojca gra nie kto inny tylko Robert de Niro. Tu z kolei owdowiały ojciec nie mogąc doczekać się zjazdu rodzinnego wyrusza przez całe Stany Zjednoczone aby zbliżyć się do każdego ze swoich czworga dzieci, nawiązać nowe więzi, które po śmierci matki, rozluźniły się. Jadąc marzy o tym iż zobaczy swoje dzieci szczęśliwe, wiodące życie pełne sukcesów, jednak w trakcie tych niezapowiedzianych wizyt widzi jak bardzo się mylił !
Przytoczyłam te dwa filmy o podobnej tematyce z jednego powodu - aby uświadomić tę prawdę , że dzieci jak ptaki wylatują z gniazda w świat i tyle je widzimy ! To święta prawda, że dzieci powinny być podporą rodziców na starość, dziękując im w ten sposób za wychowanie i opiekę kiedy stawiały pierwsze kroki i wymawiały pierwsze słowa, a potem dorastały pięknie aż weszły w dorosłe życie i to one z kolei stały się rodzicami tworząc swój dom. Ale jak to w życiu bywa, kontakty te różnie się układają, u jednych świetnie, do końca są pełne ciepła , wzajemnego zrozumienia i pomocy, u innych znów coś się rwie, narastają wzajemne pretensje i wszyscy oddalają się od siebie coraz bardziej.
I tutaj chciałabym przejść w troszkę lżejszy ton żeby złagodzić dramatyzm obydwu tych filmów powołując się na technikę, która przecież w swoim najpierwszym założeniu ma służyć przede wszystkim ludzkości i we właściwy sobie sposób uszczęśliwiać ją.
Otóż jadąc ostatnio tramwajem we Wrocławiu mocno, mocno starsza pani z telefonem komórkowym przy uchu mówiła do kogoś po drugiej stronie słuchawki przekrzykując stukot tramwajowych kół : „Napisz do mnie na internecie, skomunikujemy się przez internet, napisz emaila to ci odpiszę...” Po czym wysiadła wyraźnie zadowolona bo już wiedziała, że wracając do domu nie będzie sama, będzie czekała na nią poczta, czyjeś słowa i myśli , czyjaś bratnia dusza, której zawsze nam, nie tylko na starość, tak bardzo potrzeba, a która teraz właśnie przez technikę, która pozwala na natychmiastową komunikację między ludźmi i wymianę myśli, może być bez przerwy z nami obecna, a my z nią.
Stara matka z filmu Gerarda Zalewskiego, po powrocie z domu swoich synów na pewno usiadła ciężko przy stole, wzięła album ze zdjęciami chłopców kiedy byli mali i gorzko zapłakała. Gdyby działo się to teraz natychmiast sprawdziłaby pocztę w internecie, odpisała koleżankom albo i koledze, których odnalazła swego czasu na „Naszej klasie” i wyżaliłaby się im, a oni by natychmiast jej odpisali żeby się nie przejmowała bo u nich też różnie z tym bywa i od razu zrobiłoby się jej lżej, sprawdziłaby jaka będzie pogoda na jutro, horoskop, najnowsze wydarzenia na świecie, a także ceny nieruchomości, czy w ogóle opłacałoby się jej ten dom sprzedawać i nawet może, patrząc w Warszawie na młodziutką twarz wnuczki, nie poszukała jakiegoś przepisu na maseczkę młodości dla siebie. Synom zaś wysłałaby sms na komórkę „Dojechałam, wszystko w porzo, pozdro” i nie przejęłaby się aż tak tymi odwiedzinami i nie wzięła ich przeciw sobie starając się zrozumieć, że dzieci to też ludzie i też swoje problemy mają.
Ojciec zaś grany przez Roberta de Niro po powrocie na pewno zaraz nastawiłby skypa i uciszył tym swoją tęsknotę redukując poprzez żywy obraz tysiące kilometrów dzielących go od najbliższych.
Starość ma zatem szansę być także radością - wszystko zależy tylko od tego jakimi narzędziami posłużymy się, jak do niej podejdziemy, i na ile będziemy potrafili zrozumieć innych, i stworzyć z nimi braterstwo dusz, a poprzez to swój własny świat, a wtedy nie straszne będą nam domy naszych synów i wszyscy będziemy mogli mieć się dobrze...
Ewa Radomska - absolwentka Wydziału Prawa Uniwersytetu Wrocławskiego, emerytowany pracownik samorządowy, publicystka, aforystka. Motto życiowe - jeżeli nie śmiech - to co ?














Dołącz do dyskusji - napisz komentarz
Artykuł nie posiada jeszcze żadnych komentarzy.
Dodaj pierwszy komentarz i bądź motorem nowej dyskusji. Zachęcamy do tego.