Kupić, nie kupić - potargować można...
Jeździłam także do Świdnicy z moją koleżanką Grażyną, skąd wracałyśmy czasami ze skarbami. Tak naprawdę, to nie było ważne, czy coś "upolujemy", bo przez lata nagromadziłyśmy sporo ładnych przedmiotów, a mieszkania mają ograniczoną pojemność. Na targach przede wszystkim oglądało się i cieszyło oczy pięknem. Bo wystawiane do sprzedaży były przedmioty często stare, ale urokliwe. Mnóstwo było szkła, porcelany, biżuterii, mebli, i różnych innych potrzebnych i niepotrzebnych rzeczy. Niestety ceny tam były i są wygórowane. Inaczej niż na pchlich targach.
Pchle targi odbywały się w różnych miejscach Wrocławia. Najpierw odwiedzałam targ zlokalizowany na podwórku ulicy Rydygiera. Podwórko było usytuowane wśród starych kamienic, co dodawało mu szczególnego uroku. Podczas targu można było kupić różnej maści przedmioty zalegające w szafach, kredensach, garażach, na strychach i w piwnicach. Nowe życie dla używanych rzeczy. Malowniczości wydarzeniu dodawali sprzedający. Na przykład był pan wygrywjący na skrzypcach piękne melodie. Atmosfera była luźna, rozmowy toczyły się same, a ceny – jak to na garażówce – były do negocjacji. Po paru latach podwórko poddano renowacji, ale targ już tam nie wrócił.
Pozostał nam pchli targ na ulicy Kasztanowej organizowany raz w miesiącu od wiosny do jesieni. Stragany rozstawiane były na chodnikach oraz na jezdni. Dlatego na kilka godzin ruch samochodowy w tym rejonie był ograniczony. Impreza miała swoją tradycję, swoich wiernych wystawców i bywalców. Przez cały dzień przewijało się przez targ około tysiąca osób. Większość mieszkańców okolicy była entuzjastyczne ustosunkowana do tego wydarzenia. To było kultowe miejsce spotkań i sztandarowa impreza. Otrzymało nawet wyróżnienie prezydenta Wrocławia. Oferta była imponująca i nieprzewidywalna – i właśnie w tym tkwił urok tego miejsca. Na stoiskach nie brakowało odzieży z poprzednich dekad: sukienek w stylu lat 70., skórzanych kurtek, dżinsów vintage i eleganckich płaszczy, które przeżywają dziś drugą młodość. Obok nich leżały stosy książek – od klasyki literatury przez albumy o sztuce po zapomniane powieści z PRL-u, które ktoś wyciągnął z babcinej biblioteczki. Niestety z czasem część mieszkańców ul. Kasztanowej zaczęła protestować i pchlego targu już nie ma.
Także pchli targ, organizowany od paru lat w Zajezdni przy ul. Grabiszyńskiej przestał istnieć, bo plac poddano remontowi, który się skończył, ale targu nie reaktywowano. Wielka szkoda, bo plac był duży, wystawców i kupujących mnóstwo. Można tam było znaleźć wszystko. Miłośnicy muzyki znajdowali winylowe płyty z różnych epok, a przy odrobinie szczęścia również magnetofonowe kasety i stare odtwarzacze. Dla kolekcjonerów prawdziwą gratką była przedwojenna i powojenna porcelana, szklane figurki, pocztówki, znaczki czy stare aparaty fotograficzne – analogowe, z czasów, gdy każde zdjęcie było przemyślaną decyzją. Nie brakowało też bibelotów, lamp, ramek, zegarów i drobnych mebli, które bez trudu odnalazłyby się w niejednym skandynawskim wnętrzu. Dla rodzin z dziećmi były natomiast stoiska z zabawkami, grami planszowymi i książkami dla najmłodszych – często w bardzo dobrym stanie, a w cenach, które trudno znaleźć w sklepie. Na placu pojawiały się też stoiska z drobnym sprzętem domowym, narzędziami i elektroniką – dla tych, którzy szukali czegoś praktycznego, a nie tylko ładnego.
Od ubiegłego roku, na "otarcie łez", mamy nowy pchli targ na Borku. Musi nam to wystarczyć.
Wrocławskie pchle targi dawno przestały być zwykłymi targami. To raczej nieformalne święto społeczności – miejsce, gdzie kolekcjonerzy polują na rzadkości, miłośnicy vintage perełek, a wszyscy mogą przy okazji po prostu pogadać. Między stoiskami kręcą się dziś łowcy okazji, rodziny z dziećmi i ci, którzy przyszli bez konkretnego celu, a wyjdą z czymś, czego się nie spodziewali. Tak jak ostatnio ja. Niepodziewanie dla samej siebie, za całe 20 zł zakupiłam obrazek w ramce przedstawiający dziewczynkę z jabłkiem. Dziewczynka na obrazku jest chuda i smutna. Może nie lubi jabłek. Dopiero w domu poddałam obrazek dokładniejszym oględzinom. Okazało się, że jest to olej na desce autorstwa Jana Peszke. Z internetu dowiedziałam się, że autor jest polskim malarzem mieszkającym i tworzącym w Paryżu w dwudziestoleciu międzywojennym. Zmarł 1949 roku w Le Mans we Francji. Autentyczność obrazu została potwierdzona przez fachowca. Na razie wisi i cieszy moje oko, ale może przyjdzie czas i go sprzedam. Nie wiem.
Ewa Semków
Warto przeczytać inny esej Autorki
https://www.kobieta50plus.pl/pl/weranda-literacka/kawiarenki











Dołącz do dyskusji - napisz komentarz
Artykuł nie posiada jeszcze żadnych komentarzy.
Dodaj pierwszy komentarz i bądź motorem nowej dyskusji. Zachęcamy do tego.