O, ku..rcze blade!
O, ku..rcze blade! (Za to chyba nie grozi mi upomnienie komisji etyki internautowej?).
Co prawda, chcę się pożalić nie na kurczaka, tylko na to coś, co uważało się za ogromniastego koguta. Super męski okaz. A i tak na łopatki rozłożył go rodzaj żeński. Sprawdziło się sparafrazowane przysłowie, gdzie dwóch się bije - tam trzeci najbardziej traci. Tylko, że tym trzecim, byłam ja, co wkurzyło mnie bardzo. Rozładować złość można podobno, dzieląc się nią z innymi. No to się rozładowywuję, chociaż i tak akumulator mi siadł i od kilkunastu dni nie chce zapalić.
A było tak. W domu nawaliło ogrzewanie. (raz) Zaspałam. (dwa). Samochód nie zapalił. (trzy). Taksówka mogła być najwcześniej za godzinę. (cztery). Na autobus czekałam czterdzieści minut. (pięć). Zadzwoniłam, chcąc bardzo przeprosić, że się spóźnię. Usłyszałam, nie to niecenzuralne, istotne, że już nie było tych do przepraszania. (sześć). Zmarznięta na sopelek, ale zadowolona, że na sześciu się skończyło (kto by wierzył w przesądy?) dojechałam, pozałatwiałam co mogłam i autobusem, bez czekania, wracałam do zimnej chałupy. A jednak było siedem. Półtora przystanka przed moim, autobus stanął bez szans na szybkie ruszenie. Szłam w miarę szybkim krokiem (na tyle, na ile wysoki obcas pozwala). Szal wyciągnęłam spod kurtki. Omotałam sobie głowę i przewiązałam pod kołnierzem, bo wiało jak diabli. Potrójne zabezpieczenie, czyli baza, fluid i puder (nie tapeta, tylko przezorność "mrozowa") nie chroniło przed: "Hu, hu, ha, nasza zima zła, szczypie w nosy, szczypie w uszy, mroźnym śniegiem w oczy prószy". Zamarzły mi rzęsy. Nie słyszałam, nie widziałam, a jednak czułam, że on jest blisko mnie.
Ja na klatkę, on za mną. Ja do mieszkania, on wślizgnął się za moimi plecami. Odwróciłam się, żeby zamknąć drzwi, on wpił się w moje usta. Zrobiło mi się słabo, zaczęłam dygotać. On pieścił mnie tak, że w lodowatym mieszkaniu poczułam tropikalny żar. Sama chętnie rozebrałam się, złapałam butelkę i wskoczyłam do łóżka pod wyziębioną kołdrę. Położył się razem ze mną. Znał się na rzeczy. Ja już szczytowałam, a on dalej był na etapie gry wstępnej. Z rozkoszy majaczyłam. Rozgorączkowana byłam tak, że wydawało mi się, że on, to ich tuzin. Co za oryginał?, pomyślałam. Nie sapie, nie wzdycha, nic mu nie trzeba mówić. Sam wie, co i jak robić. Całą noc trwał ten stosunek, bez stosunku. Cholera! Mógłby wreszcie skończyć. Mam dość. Nie pomagało owijanie się kołdrą, wślizgiwał się pod nią i działał skutecznie. Sama zrzucałam kołdrę, by miał lepszy dostęp. Uwierzycie, że miał nadprzyrodzoną potencję?. Całe trzy dni. Musiał być kosmitą. Przemaglowana, spocona i sapiąca postanowiłam szukać pomocy. Gdzie? Proste! Telefon do przyjaciela, czyli w tym przypadku, przyjaciółki. Doświadczonej, niejednego potrafiła rozłożyć na łopatki, a nawet zapieszczochać na śmierć. "Ratuj! Nie mogę się go pozbyć. Sponiewierał mnie", błagałam i usłyszałam obcy głos. "Okej. Będę" i już było głucho. Chciałam wstać, otworzyć drzwi. Nie dał mi. Objął i poszliśmy razem. Wracając wzięłam butelkę i cytrynę jako przekąskę. Przysnęłam. Poczułam coś dziwnego. Jakby on usiadł mi na piersiach i zatykał mi czymś usta. Uchyliłam powiekę. To była ona. Całym ciężarem swojego ciała przygniatała mnie, a rękami walczyła z nim. W pewnym momencie, kopnęła go, nie widziałam gdzie, bo właśnie złapał mnie atak kaszlu. Po chwili usłyszałam jej zadowolony chichot i: "Yes, yes, yes".
Jako rodzaj żeński powinnam być po jej stronie. Odniosła zwycięstwo nad tym szowinistycznym gatunkiem męskim. Nie mogłam się z nią solidaryzować, bo ta małpa była homo i wzięła mnie w swoje ramiona. Nie zapytała, czy lubię? Czy chcę? Czy akceptuję? Nie! Zwyciężyła i uznała, że ma prawo do nagrody.
I tak pojedynek wirusa z bakterią skończył się dla mnie trzytygodniową izolatką, w chłodzie, głodzie i bezsilności.
Jolanta Kwiatkowska (z cyklu "suplement antystresowy")











Dołącz do dyskusji - napisz komentarz
Artykuł nie posiada jeszcze żadnych komentarzy.
Dodaj pierwszy komentarz i bądź motorem nowej dyskusji. Zachęcamy do tego.