Przyjaciółka
Jej sprawy są moimi i odwrotnie. Bezgranicznie sobie ufamy. Ani siostra, ani mama nie zastąpi mi jej - PRZYJACIÓŁKI! W szkole razem siedzimy w ławce i tak przez 12 lat, mówią o nas syjamskie siostry. Coś w tym jest, jej stany emocjonalne są moimi, czuję jej radość i smutek. Wspólnie przeżywamy nasze życie i każde jego drgnięcie . Dzielimy się nie tylko śniadaniem w szkole , ale i ciuszkami. Przed światem chowamy nasze wspólne sekrety. Jest nam ze sobą bardzo dobrze, tak samo czujemy i reagujemy, jednakowo jesteśmy wrażliwe. Dzisiaj określa sie taki stan "nadajemy na tych samych falach" ale myślę, że to było coś więcej. Jej i mój stosunek do przyjaźni był wprost proporcjonalny. Tyle samo wkładałyśmy uczucia, nie było wyliczania. Służyłyśmy sobie jednakowo i czerpałyśmy tyle samo. Niestety, przyszło rozstanie! Ja na studia, ona do Ameryki. Kontakt pomału stawał się rzadszy, z przyczyn wiadomo- obiektywnych. Były to lata 80-te.
Ja założyłam rodzinę i bezgranicznie oddałam się jej. Oczywiście zaczęły pojawiać się nowe znajomości, tzw. małżeńskie, bo przyjaźnimy się małżeństwami. Łączą nas wspólne sprawy z racji samego związku i pojawiających się dzieci. Spotykamy się nawet dość często, bo w soboty wieczorkami, kiedy dzieci są już łóżeczkach, by móc sobie pograć w brydża lub od tak po prostu pogadać przy lampce wina. Mamy wspólne wypady za miasto z dziećmi do lasu, nad wodę. Wyjazdy zakładowe na narty , wspólne zabawy taneczne, wczasy nad morzem i właściwie można by tak wymieniać w nieskończoność, ile było tych spraw, które też, łączyły nas. Pozornie wydawać by się mogło, że te nowe więzi powinny być mocniejsze, bo wielorakość tematów była obfita i różnorodna, dotycząca nie tylko mnie, ale najbliższych mi osób.
Na przestrzeni tych 25 lat, a więc od momentu mojego już samodzielnego życia pojawiały się różne znajomości, a nawet PRZYJAŹNIE, pozornie te WIELKIE. Jednak teraz z perspektywy lat, kiedy to dzieci "wyszły nam z domów ", a kiedy nadal się spotykamy, ale już dużo rzadziej, zazwyczaj my same panie, bo mężom nie za bardzo się chce, dochodzę do wniosku, że stopień zaangażowania też się zmienił.
Mam wrażenie, że nie jesteśmy dla siebie szczerzy. Kiedy już spotkamy się to rozmowa toczy się wokół interesów, czego dokonałem, jaki samochód mam zamiar kupić, a to , gdzie wybuduję dziecku dom itp., po prostu chwalimy. A już to stałe narzekanie na wszystko i wszystkich, tak doskwiera, że po rozstaniu odczuwam po prostu ulgę i wstyd się przyznać, święty spokój!
Obecnie mówi się dużo w świecie młodych o " wyścigu szczurów ", ale taką analogię można śmiało zastosować do nas 50-latków. Najlepiej to widać na zjazdach koleżeńskich. Podczas takich spotkań pod przykrywką miłej zabawy, każdy chce się pochwalić "co ma ". Uciążliwe się to staje, gdy nikt ciebie nie słucha, tylko każdy sam siebie, aby jak najwięcej zdążyć opowiedzieć o sobie, bo inni i tak nikogo nie interesują. Hasłem obowiązującym jest nie „BYĆ” ale „MIEĆ” !
I takie są teraz te przyjaźnie. Kiedy zadzwoniłam do koleżanki usłyszałam, jak bardzo jest nieszczęśliwa, bo ma kłopoty z mężem. Oczywiście, jako oddana jej osoba wysłuchałam 30 minut jej zwierzeń po czym obiecałam się wkrótce odezwać. Tak też zrobiłam ale wtedy trafiłam na jej dobry już stan umysłu i emocji i nie miała ochoty na rozmowę. W taki oto sposób, to mnie zabrakło bratniej duszy, bo to ja dzwoniąc wtedy , potrzebowałam przyjaciółki. Myślę więc, że te pierwsze nasze dziewczęce przyjaźnie były najsilniejsze i takie autentyczne, bez rywalizacji, kochałyśmy dosłownie siebie, a co za tym idzie i nasze sprawy. To tak, jak z pierwszą miłością, tą młodzieńczą, taką „na zawsze”. Która niespełniona, kończy się tragicznie, a żyje na wieki.
Tamta przyjaźń też we mnie będzie żyć zawsze! Tęsknię do NIEJ !
Gina











Dołącz do dyskusji - napisz komentarz
Anna 10/09/2014, 13:23
W tym tekście jakbym swoje życie zobaczyła....
ja 18/01/2013, 10:51
z czasem kazdy slucha tylko siebie