Zdrowie 50 plus

Życzeniowe myślenie

Nie chciałam nazwać tego randką, bo musiałabym uczciwie dodać, że to randka w ciemno.

Nie życzę dużo szczęścia ani dużo zdrowia, a już na pewno nie mogę szczerze życzyć nikomu wszystkiego najlepszego z okazji….
I to wcale nie dlatego, że nie bo nie!
Na początku grudnia wpadła mi do głowy myśl. I to nie jak zwykle, psim fartem – tylko po rozmowie telefonicznej. Gdy coś wpada to koniecznie powinno się to coś wyciągnąć. Chociażby po to, żeby nie uwierało lub nie było nadmiernego przepełnienia. Ciągnęłam, ciągnęłam i wyciągnęłam, chyba powyższy wniosek: „Nie życzę dużo…”. Piszę, chyba, bo pewności mieć nie mogę. Nie wiem jak wygląda wniosek. Zawsze tylko widziałam lub słyszałam, słowa. Mądrzy ludzie przed słowami pisali lub mówili: „wyciągnięty wniosek, to…”. Ale ad rem.
Zadzwonił telefon. Pomyślałam: „Kto zgłupiał? Wiedzą, że choruję? Dzwonić ciut świt?” i warknęłam w słuchawkę.
- Halo!
- To tyyy?????
- A kto, jak do mnie dzwonisz!?
- Musiałam się pomylić.
- To nara! (darmowy sposób odmładzający).
- Poczekaj. To już przy okazji, z okazji urodzin – tu ta wredna zołza dokładnie wymieniła, które – życzę ci dużo szczęścia.
- Dzięki – wywarczyłam grzecznie. – To wszystko?
- Nie. To jak już dzwonię to złożę ci też z okazji zbliżających się świąt. Dużo zdrowia.
- Ja tobie też, nie utucz się jak w zeszłym roku. – Odcięłam się za tę dokładną liczbę lat, słodziutkim tonem wypowiedziane, a jest ode mnie niecały rok młodsza. Małpa nigdy nie zapomniała o moich urodzinach. – Może skorzystasz z okazji i jeszcze pożyczysz mi coś fajnego z okazji przyszłych imienin? – Wetknęłam koleżeńską szpilę.
- O kurczę. Przecież ty miałaś imieniny. O twoich, jakoś zawsze zapominam – zarechotała przyjaźnie. – Oczywiście, że życzę ci wszystkiego najlepszego. – I dodała, żebym nie miała najmniejszych wątpliwości: – Szczerze. Pa. – Rozłączyła się.
Wszystkiego najlepszego! W taką szczerość, to ja na pewno nie uwierzę.
Nie tylko jej. Nikomu. Kto chciałby dobrowolnie pozbawić się wszelakiego dobra? Jakim trzeba byłoby być durnym samarytaninem, żeby szczerze życzyć drugiemu wszystkiego najlepszego? Przecież jak życzeniobiorca zabierze wszystko to, co najlepsze, to zostanie tylko wszystko najgorsze! I za co robić, te dobre uczynki?
Z okazji!!! Urodziny i imieniny mam raz w roku. Święta są dwa razy w roku. A co z pozostałymi dniami bez okazyjnymi? Nikt mi wtedy nic dobrego, tym bardziej dużego nie życzy?

Dużo szczęścia? Co to znaczy?
Gdy zadzwoniłam do pracy, powiadomić, że się pochorowałam, usłyszałam: „Masz dużo szczęścia. Nawaliło ogrzewanie. Siedzimy w lodówce i szczękamy zębami”…
Kiedyś biegłam do tramwaju, przewróciłam się i podarłam rajstopy. To nic. Zdarłam skórę na kolanie i nabiłam sobie siniaka. To pikuś. Ale złamał mi się obcas!!! To znaczy nie mnie, tylko szpilce. O, jejku. Dzień wcześniej kupionemu pantofelkowi. Nieludzkie nieszczęście, co w lot zrozumie każda kobieta. Pojechałam taksówką. Wyżaliłam się koleżance. Nawet ciut mi współczuła, oglądając z satysfakcją mój nowy, a już bezużyteczny, nabytek. Wieczorem zadzwoniła: „Ty, to masz dużo szczęścia. Podali w wiadomościach. Ten tramwaj się wykoleił”…
Innym razem, w nowiutkiej, drogiej, ale prześlicznej bluzce wybiegłam na skrzydłach z domu, śpiesząc się na super ważne spotkanie z prawie nieznajomym. Nie chciałam nazwać tego randką, bo musiałabym uczciwie dodać, że to randka w ciemno. Nie lubię być sama w stosunku do siebie za uczciwa. Przynajmniej od czasu, gdy o jednej dacie w kalendarzu wolę nie pamiętać (tylko jak, gdy ma się serdeczne koleżanki). Przechodząc pod drzewem, spojrzałam w górę i…zdążyłam odchylić głowę. Ramię zostało. Trafione, prawie zatopione. To było ogromne, w dodatku przeżarte ptaszysko. Obsypałam słownymi pieszczotami wstrętnego, fruwającego padalca i kipiałam złością: „Droga bluzka!, Czeka nowy kandydat na faceta! Spóźnię się! Nie będzie czekał!”. Wróciłam się przebrać, tylko nie bardzo miałam, w co. Wychodząc z klatki zobaczyłam taksówkę. Machnęłam ręką, wsiadłam i w duchu rozgrzeszałam się: „Nie jestem „wygłodniała”. Gdy chciał pokochać, to poczeka. To nie strata forsy. To dowód twojego dobrego wychowania. Nieładnie się spóźniać”. Nie czekał, a tylko godzinę byłam spóźniona. Wieczorem króciutko, bo tylko przez czterdzieści minut, opowiedziałam koleżance jakiego mam pecha. Uśmiała się po same pachy: „To na szczęście. A co z bluzką?”. Wcale mnie nie zaskoczyło, że to było dla niej najważniejsze: „A co ma być? Zeszło”. Tym razem po przyjacielsku, czyli szczerze się ucieszyła: „No, widzisz. Miałaś dużo szczęścia. Przeważnie nie schodzi. Pożyczysz?”.
Dużo szczęścia!? Dużo to ja miałam przytomności umysłu w tym nieszczęściu. Wiedziałam, co może poczekać, a co nie. Sprałam od razu. Całą bluzkę uprałam i jeszcze powiesiłam na dmuchanym wieszaku, wygładzając dokładnie, żeby nie miała załamków.
 

Jolanta Kwiatkowska

zdjęcie Gosiaa (uczestniczka Forum kobieta50plus)

@page_break@


Dużo zdrowia?

Pokazałam się ludziom czekającym pod gabinetem lekarskim (i tak dobrze, że nie ostatniego kontaktu) i poszłam do rejestracji odebrać wyniki morfologii. Zdążyłam wrócić na czas, ale nie miałam go na wczytanie się w trzymaną w ręku kartkę. Zerknęłam i ucieszyłam się. Dużo czerwonych ciałek i hemoglobiny. Super. Wampirowa choroba, ani krwiożercze antybiotyki nie wyssały ze mnie żelazowej krwi.
- Ooo! Za dużo… – jęknęła pani doktor.
- Myślałam, że to dobrze mieć dużo zdrowej krwi? – zażartowałam. Kręciła głową z niedowierzaniem.
– To dziwne. Po chorobie powinno…
– Pani doktor, to może powtórzyć badanie? – Przerwałam.
– Noo….ale….
Domyśliłam się i szybko zastrzegłam.
– Zrobię prywatnie
Kontakt wyraźnie się ożywił.
– Tak. Najlepiej w tym szpitalu obok nas. Tam można i prywatnie. Wynik jest bardzo szybko. Proszę przyjść z wynikiem, to dam pani kartkę do rejestracji, że przyjmę panią ponadplanowo.
Następnego dnia zrobiłam badanie. Niestety, na wynik musiałam poczekać trzy godziny. Denerwowałam się, bo lekarka przyjmowała tylko do 12-tej. Odebrałam o 11.30. Biegiem do przychodni, do gabinetu, z kartką do rejestracji, pod gabinet i oddychając ciężko, usiadłam i wyjęłam wynik.
Z zadowoleniem zobaczyłam, że ponad dwa miliony czerwonych ciałek ulotniło się przez dobę. Kilka procent hemoglobiny, też.
– Ooo! Niedobrze. Ma pani silną anemię – zdiagnozowała doktor już bez fartucha i z naszykowaną torebką do wyjścia. – Przepiszę leki. – Po chwili wręczyła mi receptę. – Przepraszam. Śpieszę się. Gdy się będą kończyć, proszę przyjść po receptę.
Wracając, weszłam do apteki zlokalizowanej w przychodni. Widok olbrzymiej kolejki do jednego czynnego okienka bardzo mnie ucieszył. Miałam czas odsapnąć, ochłonąć i pomyśleć. Po czterdziestu minutach zadowolona z siebie, zrezygnowałam i wyszłam. No, cóż myślenia nie można ponaglać. To bardziej szkodliwe, niż spóźnienie się na pociąg. Z peronu można zawrócić. Szybkościowa myślówkowa odpowiedź np. na pytanie: „Dać, czy nie dać?” może się skończyć totalnym zawrotem, potem powrotem, ale już w towarzystwie. Na pewno, nie tym chcianym.
Wywnioskowałam, jak na mnie, nader logicznie: „Za dużo plus za mało, to statystycznie w normie”. Fakt, że myślę tylko czasami, nie umniejsza faktu, że niekiedy i rozsądnie. Postanowiłam zamiast na leki, wydać na jeszcze jedno badanie.
Wynik przeczytałam dokładnie. Sprawdziłam normy. Potwierdziłam u doktora Google…
Dodatkowo doczytałam na przypadkowej stronie (fajne są te nowoczesne wynalazki. Do tej pory można było tylko wyjść na stronę, a teraz i wejść), że myśleniem, iż jego zadowoli tylko „dużo” można mu zrobić dużą, ale przykrość. Pomyśli, że uważamy go za materialistę. W dobrej wierze pożyczymy mu „wszystkiego” – on pomyśli, że mamy go za zachłannego.
Już byłam prawie pewna, że wyciągnęłam właściwy wniosek. Poczułam się bardzo dobrze. Tylko dlaczego „Tak dobrze, że aż źle”? Męczyło mnie, to „prawie”. To, czego mam życzyć? Ile! – od pytajników i wykrzykników rozbolała mnie głowa. Targały mną sprzeczne uczucia. Wzrok padł na „Kod emocji”. Postawiłam kropkę pewności. Z powyższego wyciągnęłam to, co wyciągnęłam i tego się będę trzymać.

Teraz, trzymając w ręku kieliszek „Jesiennego koktajlu” wszystkim, bliskim i dalszym, znajomym i nieznajomym, wirtualnym i w realu – przy okazji Nowego Roku we wszystkie dni życzę:
- zdrowia tyle, żeby mieściło się granicach normy wiekowej i płciowej.
- szczęścia tyle, żeby móc cieszyć się każdym nowym dniem i przynajmniej
paroma nocami w …(wedle indywidualnych upodobań i możliwości)
- i żeby do opisu swojej sytuacji, od materialnej do duchowej, mogli używać samych pozytywnych przymiotników i to w stopniu najwyższym, czyli „podiumowym”.

O tym, że są to życzenia najszersze, niech świadczy fakt, że sobie życzę tego samego.

Jolanta Kwiatkowska

zdjęcie Gosiaa (uczestniczka Forum kobieta50plus)

Dołącz do dyskusji - napisz komentarz

Prosimy o zachowanie kultury wypowiedzi.
Obraźliwe komentarze są blokowane wraz z ich autorami.

Artykuł nie posiada jeszcze żadnych komentarzy.

Dodaj pierwszy komentarz i bądź motorem nowej dyskusji. Zachęcamy do tego.