Weranda literacka

Serwetkowe rysunki

Krystyna Bukowczyk – KARTKI Z PAMIĘTNIKA – 

Opowieść już historyczna. Warszawa. Koniec lat 50 ubiegłego wieku

W naszym dwupokojowym mieszkaniu, na piątym piętrze przy ulicy Kopernika, nastąpiły pewne przekwaterowania wewnętrzne. Mniejszy pokój, który z moją siostrzyczką Irenką dzieliłyśmy z Babcią został teraz przedzielony szafą. Za szafą umieścili się rodzice, a Babcia w części bliższej korytarza. Nasz braciszek Andrzejek nadal będzie sypiał w kuchni, a ja z Irenką otrzymałyśmy duży pokój.

W tej nowej dla nas sytuacji wpadłyśmy na pomysł pomalowania naszego własnego, wspólnego, pokoju. Nie miało to być zwykłe pomalowanie ścian. Miała tu powstać starannie opracowana abstrakcja geometryczna w kolorach różu, szarości i czerni.

 Nie pamiętam, czy były wtedy w domu dyskusje nad słusznością tego przedsięwzięcia. Pomysł został zaakceptowany i można było rozpocząć malarstwo. Prace ruszyły energicznie. Ponieważ było to jednak dzieło dość skomplikowane, zaczęły się jakoś okropnie rozwlekać. Wyszukiwałyśmy różnych pomocników, w końcu do współpracy zgłosił się też Miecio i tak udało się zakończyć to malarskie przedsięwzięcie. (Znalazła się już kiedyś na Werandzie opowieść o Mieciu: „Ranczo w Wilczej Dolinie”. Linki na dole strony).

* * *

Mietek mieszkał u kolegi Janusza w bloku na Ochocie. W małym pokoiku, wynajmowanym od rodziny Zduńczyków, w którym mieściły się tylko dwa łóżka. Zduńczyk był robotnikiem, a Zduńczykowa siedziała w domu z dwójką dzieci. Ten pokój wynajmował Janusz, a opłaty wnosił Miecio z przysyłanych przez Mieciową mamę, w tajemnicy przed ojcem, 100 zł. Oficjalnie w pokoju zamieszkiwał tylko Janusz, Mietek przemieszkiwał w tajemnicy przed Zduńczykiem.

Zduńczyk był człowiekiem mocno sfrustrowanym, popadającym w ataki bliskie szaleństwa. Ukończył z sukcesem bierutowską szkołę dyrektorów. Awans z robotnika na dyrektora był już na wyciągnięcie ręki, a tu nagle wszystko się zmieniło: okazało się, że żeby być dyrektorem, trzeba jednak naprawdę czegoś się trochę nauczyć.

W dni wypłaty Zduńczyk natychmiast się upijał, przetracając większość pieniędzy na życie, wracał do domu siadał w oknie i wył. Lepiej było nie wchodzić mu wtedy w drogę. Miecio z Januszem udawali się spać na działki.

* * *

Nadszedł październik, Irenka wyjechała do Łodzi kontynuować studia w Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych. Ja już zrezygnowałam z kontynuowania studiów politechnicznych. Miecio zrezygnował z robienia dyplomu w pomaturalnym studium fotograficznym.

Przyjechał do Warszawy przed trzema laty, by rozpocząć naukę w pomaturalnym studium filmu rysunkowego. Niestety po niedługim czasie dowiedział się, że studium przekształciło się z rysunkowego w fototechniczne. Byli wprawdzie świetni wykładowcy od fotografii, ale to już było nie to. Nauczył się wiele o fotografowaniu, uznał jednak, że dyplomu nie potrzebuje, chciał być artystą, a nie fototechnikiem.

Zaczęło się bywanie na „Szlaku”, fragmencie Warszawy, gdzie koncentrowało się całe życie kulturalne i artystyczne tamtych lat. Nowy Świat, Foksal, Krakowskie, Stare Miasto. Bywanie na „Szlaku” to przesiadywanie w kawiarniach: „Harendzie”, „U Artystów”, „Telimenie”, „Pod kominkiem” zwanej „Partumiarnią”, „Kamiennych Schodkach”… Czasem w winiarni „U Hopfera”, w mini-sklepikach z napojami, gdzie głównym napojem było piwo, czy „u babci Gawlikowskiej”. W nieistniejącym już od dawna maleńkim domku na Oboźnej na pięterku był zegarmistrz, a na parterze babcia Gawlikowska sprzedawała piwo. Sprzedawała nawet na kredyt, a studentom Akademii pod zastaw obrazów.

* * *

To przy kawiarnianych stolikach powstawały rozmaite Mieciowe rysunki, rysowane często na papierowych serwetkach ołówkiem lub długopisem. Niektóre z nich zachowały się do dzisiaj.

Mietek, w owym czasie początkujący rysownik, miał już za sobą debiut w jakimś studenckim piśmie i rozpoczętą współpracę z tygodnikiem „Kierunki”, jako ilustrator tekstów. Jak się okazało sam niczego w redakcjach nie załatwiał, on tylko wykonywał zlecenia. Rolę „menadżera” pełnił Mieciowy kolega, niejaki Chudziak, też niedawno przybyły do Warszawy.

Teraz wszystkie sprawy urzędowe załatwiać miałam ja – dzwonienie do redakcji z zapytaniem o zlecenie, odbieranie tekstu do ilustracji, odnoszenie rysunku, Miecio tylko musiał osobiście zgłaszać się do kasy po pieniądze.

Brak jakiegoś normalnego własnego kąta do mieszkania mocno utrudniał Mieciowi wykonywanie tych rysunkowych zleceń czy tworzenie własnych kompozycji. Miecio miał też zacięcie literackie, wymyślał krótkie opowiadania i scenariusze niewielkich filmików, a ja miałam je przepisywać na maszynie, ale to na razie było tylko w planach. Myślał o Szkole Filmowej w Łodzi, ale sam fakt, że miałby tam udać się osobiście i ewentualnie zdawać jakieś egzaminy, był dla niego zaporą absolutnie nie do pokonania.

Na początku jesieni dowiedzieliśmy się, że przy Towarzystwie Fotograficznym powstaje rodzaj szkoły fotografii artystycznej EOS, czyli Eksperymentalny Ośrodek Sztuki, utworzony przez Witolda Dederkę. Miecio wyraził chęć zapisania się do EOS-u, tym bardziej że to prawie nic nie kosztowało. Ja też postanowiłam zająć się fotografią. Była to jedna z najlepszych decyzji tej jesieni.

* * *

Największym problemem tego pozornie beztroskiego życia był stały brak pieniędzy. Warszawa była wtedy miastem zamkniętym i Miecio nie miał najmniejszej szansy na podjęcie jakiejś stałej pracy, bo nie miał warszawskiego meldunku. A warszawski meldunek mógł dostać tylko człowiek posiadający pracę. Był to jeden z absurdów ówczesnego systemu.

Tę opowieść uzupełnioną rysunkami znajdziesz tu:
https://qba13.pl/serwetkowe-rysunki/

„Ranczo w Wilczej Dolinie” ze zdjęciami:
https://qba13.pl/ranczo-w-wilczej-dolinie/

 

Moje opowieści pochodzą z mego bloga www.qba13.pl   – „Opowieści z przeszłości”. 

Dołącz do dyskusji - napisz komentarz

Prosimy o zachowanie kultury wypowiedzi.
Obraźliwe komentarze są blokowane wraz z ich autorami.

Artykuł nie posiada jeszcze żadnych komentarzy.

Dodaj pierwszy komentarz i bądź motorem nowej dyskusji. Zachęcamy do tego.