Nowy Sącz - podróże kształcą.
Tego lata postanowiłam odwiedzić Nowy Sącz, a w nim moją prawie stuletnią (99 l.) ciocię Władzię i jej córkę, a moją kuzynkę, Asię. Pokrewieństwo nasze jest dosyć bliskie, bo matka mojego ojca, czyli moja babcia Katarzyna Semków z domu Żak i ojciec mojej cioci, Władysław Żak, byli rodzeństwem. Moja babcia Katarzyna miała trzech braci: Piotra, Władysława i Józefa. Władysław Żak ożenił się z Karoliną Turską. Rok po ślubie urodziła się Zosia. Małżeństwo nie było udane, także dlatego, że przez 14 lat Władysław pracował w Borysławiu przy szybach naftowych, a młoda żona Karolina mieszkała w Marcinkowicach, koło Nowego Sącza. Do połączenia małżonków walnie przyczyniła się moja babcia Katarzyna, co potomkowie zachowują we wdzięcznej pamięci, szczególnie ciocia Władzia. Po szczęśliwym połączeniu małżonków szybko urodziło się dalszych dwoje dzieci: Alfred i Władysława.
Alfred miał 4 dzieci i ciężkie, krótkie życie, ponieważ parę lat przesiedział w więzieniu za działalność antypaństwową, a potem, niestety,w wieku 31 lat, zginął w wypadku motocyklowym. Natomiast ciocia Władzia wyszła za mąż za Karola Migdę. Oboje byli księgowymi. Mieli 2 dzieci: Joannę i Mirosława. Oprócz cioci Władzi, obecnie żyje tylko Asia, będąca przez wiele lat w bardzo szczęśliwym związku z Piotrem Kołodziejczakiem. Mają 2 dzieci: Agnieszkę i Jarosława, który wraz z żoną prowadzi rozliczne interesy w Szklarskiej Porębie. Agnieszka z mężem Mikołajem i dwoma synami mieszka w Krakowie.
Parę lat temu zmarł Piotr i Asia została sama "na placu boju", ze staruszką mamą, która ani myśli o jakimś domu opieki. A opieki całodziennej ciocia wymaga. Ponieważ mieszka sama, zorganizowane jest to tak, że Asia zjawia się o 7 godzinie, ze śniadaniem i "Gazetą Krakowską". Tak, tak, ciocia wprawdzie niedowidzi, ale gazetę trzeba jej przeczytać. Ciocia musi wiedzieć, co się dzieje w regionie. W południe przychodzi opłacona pani i podaje obiad. Późnym popołudniem przychodzi następna pani podaje cioci kolację i układa do snu. Moja ciocia prawie nie widzi, pomimo aparatów - słabo słyszy, ale pamięć ma niesłychaną. Pamięta wszystko, jest encyklopedią naszej rodziny. W ogóle moja ciocia to legenda. Napiszę o niej osobny tekst.
W czasie mojego tygodniowego pobytu w Nowym Sączu, mieszkałam u Asi, a ona zapewniła nam różne atrakcje. Moja dzielna kuzynka dopiero w wieku 60 lat siadła za kierownicą, ale dobrze sobie radzi, więc pojechałyśmy do Muszyny, do Ogrodów Zmysłów, inaczej zwanych Ogrodami Sensorycznymi. Są one jeszcze mało rozpowszechnionym w Polsce pomysłem przystosowania parków nie tylko do odpoczynku na łonie natury, ale przede wszystkim do celów terapeutycznych i edukacyjnych (także dla osób niewidomych). Z ogrodów sensorycznych może korzystać każdy, niezależnie od stanu zdrowia i wieku. To sprzyjające relaksowi, pełne ciszy i spokoju miejsce. Muszyńskie ogrody sensoryczne zaprojektowane są tak, by w zintensyfikowany sposób oddziaływać na wszystkie pięć zmysłów: węch, wzrok, dotyk, słuch i smak. Oprócz funkcji poznawczej, zabawy edukacyjne pomagają w budowaniu więzi interpersonalnych. Ogrody Zmysłów w Muszynie podzielone są na osiem stref: zdrowia, zapachu, dźwięku, zapachowo - dotykową, smaku, wzroku, Afrodyty oraz baśni i legend. W strefie Afrodyty młode pary odbywają sesje zdjęciowe i sadzą drzewko.
Innego dnia odpoczęłyśmy nad jeziorem Rożnowskim, a jeszcze innego, Asia urządziła w rodzinnej posiadłości, w Marcinkowicach, grilla, na którego zaprosiła jeszcze jedną naszą kuzynkę - Lidzię, córkę Alfreda. Czas upłynął nam na wspomnieniach i smakowaniu kiełbasek i krupnioków. Moja kuzynka świetnie gotuje i to karmienie mnie od razu widać było na wadze.
Z Sącza wracałam autobusem "Szwagropolu", a w Krakowie przesiadłam się do pociągu relacji Przemyśl - Kołobrzeg. W moim przedziale zastałam całą rodzinę tzn.: babcię i dziadka, ich córkę Kasię i wnuki: Antoniego i Franciszka. Rozmowy toczyły się swobodnie. Jechali na wczasy do Kołobrzegu. Okazało się, że wszyscy mieszkają w wiosce Gwizdaj, w której Kasia już 3 kadencję jest sołtysem. Opowiadali mi o życiu społeczności wiejskiej, o dożynkach, na które okoliczne wsie plotą piękne wieńce ze zbóż i kwiatów i spotykają się, aby świętować. O działalności koła gospodyń wiejskich, do którego niestety nie garną się już młode dziewczyny. Na imprezę dożynkową mama Kasi ulepiła 400 pierogów, inne panie przygotowały bigos, ciasta, napoje i zabawa przy muzyce kapeli trwała do rana. Wszystko to oglądnęłam na zdjęciach w komórce. Dowiedziałam się, że cała wieś, z wyjątkiem kilku ateistów, jest wyznania rzymskokatolickiego, a na mszę św. jeżdżą do kościoła w Przeworsku. Pani Kasia opowiadała, że niełatwo jest rządzić, ponieważ są różne rodzime układy, układziki i powiązania, które trudno ominąć. Rozmowę co chwila przerywał 4-letni Franio - "żywe srebro", dosyć nieposłuszne. Trzeba było dużo cierpliwości starszych, żeby te wszystkie krzyki, płacze i nadmierną ruchliwość zniwelować, załagodzić. Kasia spacerując po pociągu z synem, złączona była jakby kajdankami: ręka Kasi i Frania miała obróżki, między którymi była wzmocniona sprężyna. Pierwszy raz widziałam taki wynalazek, w dodatku bardzo skuteczny. Mam nadzieję, że nad morzem będą mieli piękną pogodę.
Z powodu awarii systemu elektronicznego, pociąg miał godzinę opóźnienia, ale szczęśliwie dojechałam do Wrocławia. Czyż podróże nie kształcą?
Ewa Semków
Warto przeczytać inny esej Autorki
https://www.kobieta50plus.pl/pl/weranda-literacka/kamieniec-zabkowicki-moje-parafialne-wycieczki-cz1
Zdjęcie: Wikipedia, Zegar kwiatowy w Nowym Sączu. Znajduje się u podnóża ruin zamku królewskiego. Tarcza zegara ma 5 metrów średnicy.















Dołącz do dyskusji - napisz komentarz
Artykuł nie posiada jeszcze żadnych komentarzy.
Dodaj pierwszy komentarz i bądź motorem nowej dyskusji. Zachęcamy do tego.