„Trzy kolory Maroka” Elżbieta Sęczykowska
stają się symbolami trzech kobiecych przemian.
Trzy kolory Maroka to niezwykły dziennik podróży, w którym rzeczywiste miejsca – miasta, drogi, góry i pustynie – splatają się z historią emocjonalnego przebudzenia.
Maroko, od wieków przyciągające podróżników swoim światłem, kolorami i tajemnicą, autorka pokazuje tu jednak z zupełnie innej perspektywy – jako przestrzeń wewnętrznej wędrówki.
Trzy podróże, trzy historie i trzy kobiece głosy tworzą opowieść o odwadze, wolności
i odkrywaniu własnej drogi – dla wszystkich, którzy czują, że gdzieś w świecie, a może w nich samych, czeka jeszcze nowy początek.
Książka bogato ilustrowana zdjęciami Maroka autorstwa autorki.
Trzy kolory, trzy podróże, trzy kobiece przemiany
Trzy kolory Maroka to zapis niezwykłej podróży, w której rzeczywiste miejsca – miasta i miasteczka, drogi, góry i pustynie – stają się krajobrazem wewnętrznej wędrówki, duchowego przebudzenia i emocjonalnej przemiany.
Każda z części – Podróż do Błękitu, Podróż do Czerwieni i Podróż do Złota – opowiada osobną historię, a zarazem wszystkie splatają się w opowieść o stracie, miłości, wolności i świetle, które rodzi się w ciemności.
To książka pisana jako dziennik dla kobiet (i nie tylko), które szukają… siebie, prawdy istnienia, nowego początku.
FRAGMENT nr 1 książki „Trzy kolory Maroka”
Szafszawan. Miasto błękitu
8 maja
Wszystko, co zbyt ciężkie, rozpływa się tu w błękicie. Karawana autobusów, mułów i ludzi niesie mnie ku górom Rif. Droga wije się serpentynami, a powietrze staje wyraźnie chłodniejsze. Zamiast dusznego mroku ulic pojawiają się rozległe widoki: na doliny, oliwne gaje, nagłe strumienie srebrzące się w słońcu.
Każdy zakręt wydaje się zdejmować ze mnie kolejny ciężar, odsłaniając coraz więcej błękitu. Najpierw delikatny, jak poranna mgła, potem coraz głębszy, nasycony, aż w końcu niebo i domy zlewają się w jedno.
Czuję, że wraz z oddalaniem się od Fezu i Tazy zostawiam lęki, pytania, zagubienie. Zamiast nich pojawia się rodzaj cichego oczekiwania – jakbym wiedziała, że zbliżam się do miejsca, gdzie dusza wreszcie oddycha.
I wtedy ukazuje się moim oczom Szafszawan – cel mojej podróży. Wjeżdżam do miasta, które wygląda jak sen.
Pierwsze, co widzę, to światło.
Nie takie jak w Fezie – tam było ostre, złote, oślepiające.
Tutaj światło jest ciche. Ma w sobie spokój, który koi zmysły. Przypomina równy oddech po modlitwie.
Niedługo potem oglądam miasto jak plamę na zboczu gór: biel i błękit rozlany po stokach, a wszystkie domy pomalowane w odcienie nieba.
Tu mam odnaleźć to, co zgubiłam w labiryncie: ciszę, czystość, przejrzystość. Błękit nie jest już tylko kolorem – jest stanem ducha.
Wejście do miasta przypomina miraż. Niebo i ziemia wydają się niewiele różnić. Niebieskie schody, niebieskie drzwi, niebieskie ściany. Kobalt. Indygo. Lapis. Cień w barwach oceanu, światło jak spojrzenie od wewnątrz.
Gdy wysiadam z busa, odnoszę wrażenie, że znalazłam się w obrazie namalowanym nie przez człowieka, ale przez samo niebo. Wszystko – ściany, drzwi, schody, studnie, donice – lśnią odcieniami błękitu. Jasny, niemal biały jak poranny obłok. Głęboki, ciemny jak nocne morze. Ciepły, turkusowy jak sen o dalekiej wyspie.
Idę powoli, bo chcę, by każdy krok zapisywał się w pamięci. Po dniach spędzonych w mrocznych korytarzach Fezu to miasto jawi się jak wyjście na światło. Ulice są ciche, spowite spokojem –nie ma tu natarczywych nawoływań handlarzy, są tylko dzieci bawiące się na schodach, kobiety niosące dzbany na głowach i koty wylegujące się na schodach…
Szafszawan, ukryty w górach Rif, został założony w XV wieku przez sułtana Mulaja Aliego ben Rachida (1666–1672), twórcy potęgi i zjednoczenia Maroka. Początkowo miasto było schronieniem dla muzułmanów i Żydów uciekających z Andaluzji po rekonkwiście. To dlatego wąskie uliczki i bielone domy przypominają małe miasteczka hiszpańskiej Andaluzji – tu niebo spotyka się z ziemią, a pamięć dawnych wygnańców nadaje miastu melancholię i łagodność.
Uciekinierzy z Andaluzji przynieśli tu swój świat: domy z patio, miłość do światła i do koloru. Po jakims czasie przyszli ci, którzy potrzebowali ciszy. I to miasto ich przyjęło – przemieniło ich smutek w piękno.
Mówią, że błękit rozgościł się tu za sprawą żydowskich mistyków, którzy wierzyli, że ten kolor zbliża człowieka do Boga. Z czasem stał się rodzajem modlitwy – nie narzuconej, lecz wyśpiewanej szeptem, nuconej z pokolenia na pokolenie. Malowano nim drzwi, okna, schody, ściany i nawet ulice. Nie dla turystów. Dla spokoju duszy.
Dziś błękit jest również codziennością – uśmiechem dziewczyny sprzedającej świeżo wyciskany sok z granatów, rozmachem pędzla malarza, który każdego ranka odświeża kolor na drzwiach swojego domu, i rytmem kroków stawianych na schodkach prowadzących do serca medyny.
Zatrzymuję się w małej kawiarni z widokiem na plac Uta el-Hammam.
Na stole pojawiają się jak zwykle szklaneczka gorącej, słodkiej herbaty z miętą i talerzyk z ciasteczkami z migdałów.
Nieopodal słońce odbija się w kopułach meczetu, a w powietrzu unosi upajająca woń lawendy i kwiatów pomarańczowych. Rozpływam się w zachwycie.
Obok przy stoliku młodzi artyści grają na gembri i bębnach qraqeb, śpiewając rytmy gnawa. Ich muzyka stanowi wezwanie do życia – prostego, pełnego, radosnego.
– Tu nie można się spieszyć – oznajmia mężczyzna w białej dżellabie, który usiadł przy sąsiednim stoliku. – W Szafszawanie nawet czas odpoczywa.
Uśmiecham się. Ma rację. To miasto nie potrzebuje planów. Tutaj każda godzina sama odnajduje sens. Uliczki Szafszawanu są wąskie i kręte, jak ścieżki myśli. Każdy mur, każde drzwi, każda doniczka na progu mają inny odcień błękitu. Nawet cień wydaje się tu jaśniejszy. Na schodach medyny kobiety piorą ubrania w źródle Ras el-Maa. Woda spływa po kamieniach jak szkło. Dzieci biegają z wiaderkami, śmiejąc się do rozpuku, a w tle z jednego z zaułków dobiega muzyka – rytmiczna, hipnotyczna, jak bicie serca ziemi. Zatrzymuję się przy starszej kobiecie, która rozkłada na stole małe błękitne buteleczki.
– Co to jest? – pytam.
– Barwnik – wyjaśnia z uśmiechem. – Taki, jakiego używamy do ścian.
– A dlaczego wszystko tutaj jest błękitne?
– Żeby przypominać ludziom o niebie – mówi po chwili milczenia. – I żeby komary się trzymały z dala. Ale tak naprawdę… błękit to modlitwa. Widzisz, dziecko? My tu nie malujemy ścian, my malujemy dusze.
Kupuję od niej małą buteleczkę. Na etykiecie widnieje jedno słowo: noor – światło. Wkładam ją do torby, jakby była talizmanem szczęścia. Ruszam na marszrutę po mieście. Wędruję przez zaułki, które pachną miętą, olejkiem cedrowym i pieczonym chlebem. Mijam place, na których mężczyźni grają w domino, a młode dziewczyny w chustach szepczą o miłości.
Szafszawan odznacza się spokojem, równowagą, łagodnością. Czas płynie tu inaczej. Wolniej. Szczęśliwiej.
Po południu, kiedy kontury i słońce miękną, idę na lody. Mała lodziarnia przy rue Targui oferuje smaki, o jakich nigdzie indziej nie słyszałam: figa z orzechami, woda różana, cynamon z migdałem, miętowy błękit. Jem powoli, siedząc na murku przy niebieskiej ścianie.
Obok dzieci turlają piłkę, a staruszek na rowerze pozdrawia wszystkich z uśmiechem. Szafszawan jest rzeczywiście jak sen o prawdziwym pięknie ale też o ludzkiej życzliwości O prostocie, w której każda chwila – herbata, rozmowa, zapach mięty – staje się małym objawieniem. Na końcu jednej z ulic znajduję niewielki taras. Poniżej widać całe miasto – jak morze z kamieni i światła. Sadowię się, zdejmuję sandały i dotykam dłonią chłodnej posadzki.
Zamykam oczy. Chłonę ciszę. Zakłóca ją tylko wiatr, który szeleszcząc między murami, niesie echo dawnej modlitwy. I nagle uderza mnie myśl, że błękit nie jest miejscem. To w rzeczy samej – stan ducha. Pojmuję, że niebo we mnie i niebo nade mną są wreszcie jednością.
FRAGMENT nr 2 książki „Trzy kolory Maroka”
Marrakesz. Miasto przypływów i namiętności
8 lipca 2018
Rankiem Marrakesz wita mnie gorącym powietrzem, które zdaje się falować nad czerwonymi murami.
Trzymam w rękach berberyjski dywan – miękki, ciepły, pełen symboli i tajemnic. Zastanawiam się, jak go przewiozę samolotem, ale na razie odkładam te myśli na bok. Teraz nie czas na logistykę. Teraz liczy się tu i teraz.
Szukam ukojenia. Szukam miejsca, gdzie je znajdę…
W Marrakeszu jest hammam. Nie dla turystów, lecz dla mieszkańców –prawdziwy. Skrywa się na końcu zaułka, za ciężkimi drzwiami, które otwiera uśmiechnięta kobieta o silnych ramionach. Pachnie mydłem z czarnych oliwek i lawendą. Parą. Ciałem. Czymś nieokreślonym, ale miłym.
Rozbieram się powoli, zrzucając z siebie nie tylko ubrania, ale i cały kurz drogi, zmęczenie, ból, wszystkie niedopowiedziane słowa i przemilczenia.
Wchodzę w głąb – ciepło otula mnie jak pieszczota. Kobiety paradują tu nagie i są bezwstydnie piękne. Rozmaite – grube, chude, młode, stare – każde ciało opowiada własną historię. Myją się, rozmawiają, śmieją. Przychodzą tu jak do świątyni, a może jak do spowiedzi. Ich dłonie zadziwiająco dobrze znają rytuał – zdzierają martwy naskórek, szorują, polewają gorącą wodą, nawilżają skórę olejkami. Stosują tzw. gommage, czyli peeling jak oczyszczenie, w przenośni i dosłownie…
Jedna z nich – dojrzała kobieta z plemienia Szleu – myje mnie z czułością matki i siostry. Prowadzi przez gesty, które są nie tylko pielęgnacją, lecz pieśnią bez słów. Oddechem pokoleń kobiet.
Zanurzam się w ciszy hammamu – to miejsce, gdzie czas się rozpuszcza. Para owiewa mnie, skóra chłonie olej arganowy, a dźwięki wody łączą się z cichym szmerem rozmów innych kobiet. Już wiem, jak działa ta ceremonia oczyszczenia, nie tylko ciała, ale i ducha. Jest mi to teraz tak bardzo potrzebne. Chciałabym pozbyć się smutku, tak jak poprzednio pustynnego pyłu.
Po wszystkim kobiety, w tym ja, siedzą przy misce z gorącą wodą. Popijają miętową herbatę. Woda kapiąca z włosów, parująca skóra. Czuję się… nowa.
Po wyjściu, nadal trochę oszołomiona, siadam w małej restauracyjce na dachu nieopodal słynnego placu Dżami al-Fana. Pachnie mięta, a herbata, którą podają, smakuje jak płynne słońce – gorąca, słodka, lekko gorzka i kojąca jednocześnie. Obserwuję z góry życie placu – tłumy, sprzedawców, muzyków, zapachy przypraw i dym z pieców.
Wyciągam notes i zapisuję:
Czuję się jak obserwatorka i uczestniczka jednocześnie, jak ktoś, kto właśnie zaczął rozumieć, co znaczy prawdziwa głębia tego miasta. Marrakesz wciąga jak przypływ. I wyrzuca jak fale emocji.
W labiryncie medyny
9 lipca 2018
Marrakesz. Tu nic nie dzieje się na powierzchni, za to wszystko w głębi. W zakamarkach, zaułkach, spojrzeniach, zapachach.
Wchodzę do medyny jak do snu. Ulice są wąskie, kręte, przechodzące nagle w ciemne przejścia, otwierające się po chwili na plac z warsztatem rzemieślnika, mały dziedziniec z drzewkiem pomarańczowym, zamszowe kolory i cienie, które przyklejają się do stóp.
Z każdej strony ktoś mnie woła: Come, madame, good price!, Argan, pure, only from Essaouira!, Hand made carpet!, Original Tuareg silver!.
Ale już się nie gubię. Już wiem, że ten chaos to rytm, a to, co mnie wcześniej przytłaczało, dziś mnie niesie.
Medyna pulsuje znajomym rytmem, który czuć pod skórą. Serce miasta bije na placu Dżami al-Fana, gdzie zmysły bombardowane są najróżniejszymi bodźcami: zapachem mięty, dymem z grilla, dźwiękiem bębnów, nawoływaniami zaklinaczy węży i zachętami dzieci sprzedających różane perfumy. Ale to, co się dzieje w zaułkach, wydaje się o wiele bardziej prawdziwe. Tam, gdzie kobiety w czerwonych dżellabach niosą chleb do piekarni wspólnotowej. Tam, gdzie stare ręce zanurzają się w hennie.
Plac Dżami al-Fana staje się wieczorem jak zwykle sceną. Królują żonglerzy, bębniarze, kobiety malujące henną, śpiewacy, opowiadacze historii. Wszyscy krążą wokół mnie, a ja się czuję tak, jakbym tańczyła w środku własnego snu. W sercu czerwonego miasta, które jednocześnie żyje i zapada się w siebie.
Widzę na targu stary berberyjski dywan – dokładnie taki, o jakim opowiadały kobiety z Dadis. Ze znakami zaklęć, wzorami ochrony, szlakiem karawan i legendą o kobiecie, która pokochała ogień i nie bała się spłonąć.
„Może i ja taka jestem?”, myślę. „Może ta podróż wcale nie miała być bezpieczna?”
Zapis z dziennika:
Henna zblednie. Róże zwiędną .Ale historia – jeśli się nią podzielisz – stanie się trwała.
A czerwone miasto? Jeszcze nie powiedziało ostatniego słowa.
*
W małym sklepiku, między skórami dostrzegam przepiękne buty. Mają cholewkę ze starego dywanu. Przymierzam. Są trochę za duże, mimo to postanawiam je kupić. Niedługo potem wchodzę do świata olejku arganowego.
– C’est l’or du Maroc – mówi starsza kobieta w chuście, pokazując mi buteleczki w różnych odcieniach złota. – Zebrany ręcznie. Tłoczony na zimno. Dla ciała. Dla duszy.
Siadam. Opowiada mi, jak kobiety z okolic Agadiru, z doliny Susa, zbierają owoce z drzewa arganii. Jak najpierw suszą je na słońcu, a potem ręcznie rozbijają twarde skorupki – to praca, która wymaga siły i precyzji. W środku znajduje się migdał, z którego tłoczy się to, co najcenniejsze.
Wącham olejek kosmetyczny – subtelny, prawie bezwonny, jedwabisty. A później ten jadalny – mocniejszy, orzechowy, głęboki jak ziemia.
Przypominam sobie ten zapach, który już przecież kiedyś poznałam…
Kupuję kilka fiolek. Dla siebie, dla bliskich. Ale tak naprawdę – by zachować zapach tej chwili.
Książka wydana pod patronatem - PROM KULTURY Saska Kępa
Autorka Elżbieta Sęczykowska
Artysta fotografik, członek ZPAF, twórca kilkudziesięciu wystaw prezentowanych w kraju i za granicą, autorka nagradzanych książek podróżniczych: Tybet. W drodze do Kumbum (Magazyn Literacki „Książki”), Mongolia. W poszukiwaniu szamanów (Travelery), Tryptyk Wschodni. Chiny, Tybet, Mongolia (Granice.pl), Toskania. W cieniu Amiaty oraz Randka z jeleniem, czyli pałac z widokiem na bagno. W roku 2023 nominowana do zaszczytnej funkcji Ambasadora Dobrej Książki.
Za pasji podróżniczka zafascynowana odmiennymi kulturami świata, miłośniczka zwierząt, sztuk plastycznych i muzyki jazzowej.













Dołącz do dyskusji - napisz komentarz
Artykuł nie posiada jeszcze żadnych komentarzy.
Dodaj pierwszy komentarz i bądź motorem nowej dyskusji. Zachęcamy do tego.